Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
środa, 19 stycznia 2011
uch..
Chłodnawo. Bezsennie. Przed chwilą na chodniczku z prawej strony mojego łóżka siedziała mysz, gapiąc się na mnie i ruszając wąsikami. Ot, uroki jednorodzinnych domków z ogródkiem. Stukam w te klawisze, trochę bezmyślnie, przegrzebuję się przez tony artykułów i tekstów, nie wiem nawet czy zdążę na czas. Prokrastynacja ma jedną podstawową wadę - pod sam koniec, w tym ostatnim momencie, jest naprawdę stresująco. Ulgę czuje się dopiero po terminie, kiedy wiesz, że już za późno, że teraz już nic nie zrobisz. I jakoś Cię to nie rusza, że nie zrobiłeś. Po prostu przestajesz o tym myśleć.
Im bliżej ostatecznych dedlajnów, tym większą mam ochotę tym wszystkim pierdolnąć, spakować plecak i jechać w góry. Wsadzić tyłek w PKS do Ustrzyk albo w jakiś pociąg na Zwardoń, poprawić sznurówki w starych butach mojej mamy, sprawdzić mapy, zapałki, pelerynę, wyłączyć telefon, podłożyć sobie pod głowę polar i usnąć z 'Władcą Pierścieni' na kolanach. I tylko w głowie mi brzęczy D. z tym jego: "Skoro zaczęłaś, to doprowadź to do końca" i rozmowy na przystankach tramwajowych w stylu: "Szkoda byłoby teraz...". 
Mam po dziurki w nosie przekasływania całej nocy, spania na siedząco, syropków, kapsułeczek i siat ze smarkami. Może stąd ten humor jakiś podły, do życia koślawe podejście i marazm. Bo przecież i tak wiem, że w tej ostatniej minucie wyciągnę asa z rękawa i magiczną różdżkę z dupy i pozaliczam to wszystko w taki, czy inny sposób. Wolałabym tylko, żeby już było po. Żeby już był marzec.
niedziela, 02 stycznia 2011
I hang out a lot with these Russian clowns
Nie mam zielonego pojęcia co robię. Zerowa motywacja do magisterki. Ale mam w głowie pięćset tysięcy pomysłów na pięciozdaniowe dialogi. Rozmowy, które miałyby miejsce, gdybym odważyła się otworzyć usta. Albo które z braku tej odwagi nigdy nie odbędą się poza kartką papieru. Wiem nawet, że na imię ma Basia, że ma włosy do ramion, związane niedbale z tyłu, za długą grzywkę opadającą jej na czoło ("Weź te włosy z twarzy!" mówiła jej wciąż matka) i że w swoim własnym mniemaniu ma na wszystko wyjebane. Ma w świecie tylko jeden bezpieczny kąt z drzwiami, za którymi może się zamknąć. Zawsze ma w torbie książkę i muzykę, krem do rąk z aloesem i raz na jakiś czas siada w poczekalni Dworca Głównego ze spakowanym plecakiem. Po godzinie kupuje sobie kawę w automacie, czyta rozkład jazdy, który zna już na pamięć, zakłada plecak i wraca do siebie. Nie wysłała mu nigdy maila z zawoalowanym "Kocham", bo robi jej się niedobrze na myśl o zwrotnym zawoalowanym "Spierdalaj". Kiwa głową, gdy ludzie do niej mówią, a mówią cały czas, bez przerwy, zalewają potokami żalu. Kiwa głową, ale słyszy tylko jednostajne buczenie, gdy ustaje, wybąkuje jakąś uniwersalną i niejednoznaczną odpowiedź i zmienia temat. Lubi światło, w każdej postaci, mogłaby godzinami patrzeć z góry na oświetlone miasta. Jest uzależniona od kawy, nie pali tylko dlatego, że to drogi nałóg. Za to gdy jest zdenerwowana zaczyna się rumienić i łapie się za płatek lewego ucha. Nie jada z ludźmi, bo to ją stresuje, a wtedy zawsze musi coś rozlać, napaprać, kluski uciekają jej z talerza, sos ścieka po brodzie i czuje się jakby ktoś publicznie ściągnął jej spodnie. I ma szczura. Szczur wabi się Bogdan.

Napchałam sobie głowę do granic w te Święta. Nie nadrobiłam zaległości. Prokrastynacyjnie nawiozłam książek, z których ledwo tknęłam jedną. Za to wchłonęłam niepojętą ilość muzyki i zdjęć, kilka filmów. Zjadłam barszcz. Wymyśliłam sobie, że jak już będę bogata, to pojadę na festiwal Sundance. A narazie obejrzę wszystko stamtąd, co tylko mi trafi w ręce. Do tego jakiś Bob Dylan, Joni Mitchell, Bon Iver i Stornoway (bo znalazłam wyciętą z Wyborczej notkę o ich płycie pod stosem innych notek, papierów, tytułów i wydruków) Morduję też od kilku dni to:

Zasypiam o trzeciej. Wstaję w południe. Baśka nabiera kształtów. Granice mojej tolerancji i cierpliwości również. Mam zimne stopy i dłonie, niespakowany jeszcze plecak, w perspektywie pobudkę o 6 rano, przeprowadzkę, miesiąc zaliczeń, świecenia oczyma i podtrzymywania jakiegokolwiek kierunku w tym co robię. I aż mnie ręce świerzbią, żeby sprawdzić ceny lotów i wyjąć spod łóżka walizkę.