Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
poniedziałek, 21 lutego 2011
happiness is a mood, not a destination
Słońca szukam. Wiosny chcę. ŚWIATŁA. Wczoraj w nocy otworzyłam okno i po raz pierwszy, czując zapach śniegu, wcale się tym nie ucieszyłam. Ponoć Buka planuje rezydować jeszcze jakiś tydzień na obiekcie. Liczę na szybszą eksmisję, bo do tulipków tęskno, bo rano jeszcze ciemno jak w dupie, bo po raz pierwszy w roku założone trampki wydają się po zimie tak zadziwiająco lekkie i tak łatwo się w nich chodzi. Wdrażam powoli plan regulacji snu, bo jak tego nie ogarnę, to kurwa wykorkuję. No pardon, ale transporting piżamowy nocny i snucie się między łóżkiem, łazienką i lodówką do 3 nad ranem nie jest śmieszne. Jedni liczą baranki, inni klepią zdrowaśki, u mnie już przez płot nawet Dzieciątko Jezus skakało. I choćbym się melissą czy innym rumiankiem naćpała, wietrzyła do -10, litrami mleko z miodem piła ciepłe... Nic. A rano paszcza jakaś zapuchnięta, niemoc, zombiestan aż do drugiej kawy. Którą też trzeba by ograniczyć zanim zaczną mi drżeć powieki i latać brwi. A na sen Smolik i Quantica 'Time is the Enemy', wymowny tytuł swoją drogą, gdy powieki o 4 rano wciąż otwarte, a koło 7 wypadałoby tyłek z wyra zwlec.Czas pracy zbliża się. Czas zmian może. Narazie nieźle rozpoczętych, oby... Może się skrystalizuje jeszcze, kim ja właściwie chcę być jak dorosnę. W końcu za rok ćwierćwiecze.
niedziela, 06 lutego 2011
Baby, you are gonna miss that plane.
Obejrzałam, po długiej przerwie, 'Before Sunrise'. Z kilku powodów. Po pierwsze, już dawno chodziło mi to po głowie.  Po drugie, na Ale Kino! zobaczyłam końcówkę 'Before Sunset',a u Rasp często się to przewija, więc stwierdziłam, że zmontuję sobie oba i obejrzę dzień po dniu. Zresztą,  z takich czy innych względów, Ethan Hawke za mną chodzi ostatnio, w filmach, wywiadach, w Umarłych Poetach, Inside the Actors Studio z nim w roli głównej zniknęło niestety gdzieś z jutuba, a mnie teraz potrzeba jakoś bardzo takiego myślenia. Dowiedziałam się, że napisał dwie książki i że jedną z nich sam sfilmował (też już zdobyłam), na tubie gdzieś mi się przewija walc neurotycznej Julie Delpy, Nina Simone i stwierdzam, że przy tym Allen może się schować ze swoimi wynurzeniami starego zboczeńca.  Odpoczywam od filmów niemych, od miałkich tekstów z pięciosylabowymi wyrazami, od ram, szuflad i etykiet. Popełniłam błąd natury podstawowej, w ramach przygotowań do kolosa z projekcji, przed zaśnięciem, obejrzałam sobie 'Nosferatu..' Herzoga i śniły mi się te cholerne meksykańskie mumie ofiar epidemii i szczury i starzy brzydcy Cyganie... Bardzo głupi pomysł. Więc teraz Yann Tiersen, czekolada i rzeczy dobre, bo wieje i pada i ciemno, więc trzeba ładować baterie, światło słoneczne sztucznie improwizować, póki nie skończy się wreszcie ta obrzydliwa pora roku, która ma sens tylko w Święta i w górach, kiedy gałęzie świerków ciężkie od śniegu gną się do ziemi w ciszy, a pod butami skrzypi mróz. Żądam słońca, które poza śniegiem zrecyklinguje też psie kupy z trawników, ogrzeje twarz i przywali wiosną jak młotem zamiast tego halnego, z niskim ciśnieniem, świstem w uszach i bólem głowy. 

Wchłonęłam Murakamiego o bieganiu, między egzaminami, o bieganiu i pisaniu. Zrywu joggingowego się po sobie raczej nie spodziewam, co tu kryć, za ciężką mam dupę. Ale mam biurko, które lubię, czarne, mam ryzę papieru, zaostrzone ołówki. Co z pracą, zapyta ktoś, a ja odpowiem, że według testu prokrastynacyjnego, który ostatnio wypełniłam, moim głównym problemem są bariery emocjonalne i unikanie przykrości. Ot, diagnoza, HEDONIZM, drodzy Państwo, oto co mnie wykańcza, co nie daje mi skończyć tych studiów w spokoju. I cała lista linków, stos artykułów, maili, nieuchronna wizyta w Jagiellonce i cały ten bajzel, kompletnie nie wart zachodu. Specjalizacja pod znakiem zapytania, bo kursów brakuje, bo w sumie nie wiem po co mi ona i czy to w ogóle takie ważne, żeby mieć wkładkę do dyplomu? 

Tak czy siak, dokumenty zapychają mi głowę, muzyczne (o choro, Cyganach i jodłowaniu) i niemuzyczne, bo poławiacze krabów, bo David Attenborough i Planeta Ziemia i takie zdjęcia Himalajów, że ohohohohooo, bo surykatki. Najfajniejsze zwierzę świata zresztą. Szukam czegoś do słuchania nowego, jakieś openerowe rzeczy czasem podejdą, czasem na stereomood.com coś się znajdzie, a czasem po prostu Beirut i Besh o droM i Kroke, a do wkuwania Scarlatti, który się nigdy nie kończy, bo w nadprodukcji umysłowej napisał 555 sonat. Stara jestem chyba i dziwaczeję, skoro jaram się graniem na klawesynie i faktem, że można na tubie znaleźć pełne nagranie Carminy Burany, półtorej godziny, którego pierwsze sekundy rozpierdalają kompletnie na łopatki z pomocą stuosobowego chóru. I truskawki mrożone z cukrem, ryż z jabłkami i bitą śmietaną, czekoladowy budyń, świeżo wyprana pościel w zielone grochy i herbata z cytryną, miodem i imbirem. I czekam na list od E., na Łódź i na Baranią, na te 3h w pociągu z książką i dworcem w Bielsku-Białej. Hedonizm.