Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
poniedziałek, 22 listopada 2010
realityproof
Kupiłam. Nie powinnam robić takich rzeczy, bo portfeli bez dna brak, ale głód dźwiękowy trwa. Najmniejszy koncert świata Peszkowej nabyłam. Bo szarość zapadała, kiedy stałam na empikowej posadzce, a sztuczne światło pięknie odbijało się w foliowym opakowanku. Bo pióropusze i polish mnie, bo się rozbieranie, bo najlepiej się słucha w jakimś busiku czy pociągu nocą, gdzie ludzi wkoło tłum i nikt nie wie co za niewyobrażalne świństwa wlewają się wprost ze słuchawek w Twoje uszy. Jest soczyście, jest dziko, jest dobrze.



Od soboty miękka na nogach, był Gentleman taki jak trzeba, było rootsowo i było 'pierdolnięcie', wszystko na swoim miejscu, skaczący tłum, elektryzujące klisze, w górze światła, uśmiech nieschodzący z twarzy. Słońcem wypełnieni Mighty Diamonds, gofry z bitą śmietaną, setki ludzi z minimum trzech pokoleń, piękni rastafarianie z dredami do kolan zasupłanymi fantazyjnie nad kiwającą się głową i odzieniem z kosmosu. Oszołomy, outsiderzy, gówniarze i stare pryki, hipsterzy i greenpeace'owe szwadrony, a wszyscy w stawach elastyczni. Gdzieś w kłębach dymu, wpływającego niewątpliwie na doznania estetyczne, radość z rytmu. Potem po schodach do dusznej, zatłoczonej sali, na soundsystemy. Kaptur na głowę, nisko na nogach, zamykam oczy a basy wibrują w trzewiach aż czuję dobrze znane ciary biegnące wzdłuż kręgosłupa. I Vavamuffinowa pigułka szczęścia, żeby się dobrze do domu wracało mimo tego, że autobus nie jedzie wcale na dworzec, że ucieka pociąg, że zimno i zmęczono. Potwornie zmęczona i niewyspana, nie ogarniając ani pół piksela, rozmasowuję kark i patrzę na bilet na Fisza. Dobrze jest. Trzeba utrzymywać poziom pozytywu. Do tego wszystkiego czekolada, idiotyzmy przy chrupkach z T., Jeżowe bose stopy i kocie przygarnięcia, kolejny Murakami i nowy Kuczok, którego miałam dziś już w łapkach i tylko siłą woli odłożyłam na półkę. Rzeczywistość nie istnieje.
piątek, 12 listopada 2010
home is where the coffee is
Uciekają mi nocne ostatnio. Nie lubię tego momentu, kiedy wsiadam do nocnego na Hutę. Nigdy nie pamiętam ich numerów, pamiętam tylko, że jeden z nich jedzie dwa razy dłużej. Zawsze wracam na Hutę sama, nikt nie jedzie w moją stronę. Jest coś smutnego w tych bzyczących jarzeniówkach, bitnych chłopcach w rozchełstanych kurtkach, kiedy w ich zamglonych alkoholem oczach odbijają się wymiętoszone parkietowo dziewczęta. I nie chodzi nawet o to, że są. Chodzi o to, że droga do Placu Centralnego jest tak cholernie długa, do łóżka tak daleko, oczy zamykają się same, a za każdym razem, gdy je otwieram ktoś inny siedzi obok. I wszyscy wyglądają jak w klipie do 'You'll follow me down' Skunk Anansie i z kolejnym przystankiem jest ich coraz mniej, aż na Centralnym jestem już tylko ja i facet, który zasnął. Wysiadam, otulam się ciaśniej płaszczem, podnoszę kołnierz i idę, siedem minut, chociaż mam zimne ręce i obciera mnie but, a na pustej Jana Pawła w pomarańczowym świetle latarni nie mija mnie kompletnie nikt. Kiedyś B. pojechał ze mną nocnym na Azory, chociaż miał kompletnie nie po drodze i musiał potem wracać do domu jakimś kosmicznym sposobem. Na pytanie dlaczego to zrobił, odpowiedział, że wszyscy rozchodzimy się do domów, a on nie chce zostać jeszcze sam, dzięki temu przez chwilę dłużej nie jest sam. Czasem tęsknię za B. bardzo i myślę, że chciałabym załatwić mu jakiś ciepły, jasny cud. Że chciałabym, żeby też czasem myślał o pomarańczach.
608. To jest ten numer. 601 jedzie szybko, na przestrzał, tam zdarzają się rzeczy dobre, o ile mam sprawne słuchawki w uszach. Tam mogę mieć w mózgu Massive Attack, zobaczyć iskry lecące z naprawianych nocą tramwajowych torów i zasmarkanego żula, który zasnął na ławce z lekkim uśmiechem. Tak właśnie, tego żula, któremu śni się koks, żużel i wata cukrowa.
Kupuję słoneczniki. Sobie i ludziom. Bo jeszcze jest światło, chociaż czasem na granatowym niebie widać tylko świetliście różowe strzępy chmur. Jak te w Zabierzowie, kiedy pociąg stanął gdzieś w polu. Bo liści już nie ma. Zeschły, rozwiały się, ktoś je zebrał. Szurać nie ma w czym. Bo wełną i dzianiną się otulam, chucham wewnątrz złożonych razem dłoni, zaciskam je na dużych kubkach z dobrą kawą. Rysuję. Na kartkach, w zeszytach, na stołach, serwetkach, w powietrzu. Rozszczepiam cudze głowy na elementarne cząstki i wchłaniam. Swoją głowę zapycham. Jechałabym na One Love, bo jakoś dużo reggae wokół ostatnio, ale nie ma z kim. Chodzi za mną koncert Fisza. I chodzi za mną to: