Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
sobota, 11 grudnia 2010
Guilty pleasure

Ciekawe, czy Master wie, że to wyraz wieloznaczny? Albo nawet homonim...

Ciekawe, czy w ogóle wie, co to homonim?

Swoją drogą Master może interesować się zagadnieniami o wiele

bardziej frapującymi niż homonim...

- Wiecie, jak można zabić Człowieka-Pająka?

Nadzieja Alicji, że będzie sam i że będzie mogła - ot tak przypadkowo

spotkać go na ulicy i zagadnąć: „Cześć! Nie widziałeś gdzieś Kaśki?”,

rozwiała się brutalnie.

Master szedł otoczony chichoczącą świtą, złożoną z licealnych pierwszoklasistek,

które nie czekając na odpowiedź, zapobiegawczo zaczęły

pokładać się ze śmiechu.

- Człowiekiem-Laczkiem! - wyjawił triumfalnie, spoglądając z politowaniem

na chudą blondyneczkę, która ze szczęścia posmarkała się w

rękaw.

 Magda Skubisz "LO Story"

Pogrążam się w lekturze rozkosznie nieambitniej. Dyskusje na temat ideologii, kodów ograniczonych, względnie ujęcia jako fali na bezkresnym przestworze oceanu filmowego czy wnikliwe analizy znaczenia rozfruwających się flamingów są w stanie wyssać z człowieka resztki intelektualnych zasobów energetycznych, doprowadzając go do użycia drastycznych wprost środków. Nie tylko zapadania się w historie dżusowe, cytowana bowiem wyżej pozycja posiada sequel („Dżus & Dżin”), od którego zaczęła się zresztą historia mojego uwielbienia dla tej pani, ale również tak straszliwej degeneracji smaku i gustu jakim jest pochłonięcie rasowego harlequina. I chociaż wielu podchodziło do tych wytworów ludzkiej myśli sceptycznie, na swoje usprawiedliwienie mogę stwierdzić, że doprawdy skromna jest możliwość wyboru, gdy za 5 min odjeżdża pociąg, a w tylnej kieszeni spodni (tak, nadal przechowuję pieniądze w sposób skrajnie niechlujny i niekobiecy) pałętają się najwyżej dwie dwuzłotówki, z których jedna (bezsprzecznie) wyląduje wewnątrz automatu z kawą. Pokonywana od ośmiu niemal lat trasa przez tak zajmujące miejsca jak Rudawa czy Wola Filipowska (nie urągając mieszkańcom, z okna pociągu podziwiam bowiem jedynie dworce i perony) nabiera wybitnie odstręczających i nużących atrybutów, gdy nie ma się w plecaku żadnej porządnej książki, a słuchawki stanowczo odmawiają posłuszeństwa. Niebezpodstawnie niejaki Piotr B., konferansjer i satyryk przecudnej urody, wygłosił  słynną kwestię: „Marazm, dekadentyzm, pociąg do Trzebinii”.

Harlequin natomiast, zakupiony u skromnego pana w dworcowym przejściu podziemnym, jest tani, ma banalną do przewidzenia fabułę, dzięki czemu nigdy nie zawiedzie czytelnika i występuje w kilku wersjach, zależnie od upodobań i plastyczności wyobraźni. Jednocześnie, zręcznie prowadzone burzliwe dialogi, emanujące wprost duchem wenezuelskiego romantyzmu, jak i porażająca  tępota bohaterów mają niezwykłe właściwości, zaginają bowiem oś czasu, dzięki czemu godzina skraca się do dziesięciu minut i zanim się obejrzę, zbieram bety i przepycham w stronę zardzewiałych drzwi bąkając niewyraźne „praszaaaaam…”. Niewątpliwie, na wspomniane czasoumilające działanie wpływ mają lubieżnie opisane sceny miłosnych uniesień w najróżniejszych konfiguracjach, tyleż absurdalne, co wywołujące subtelny rumieniec dzięki  pozostałym na polu walki resztkom pensjonarskiej wstydliwości.  Wstydliwość owa, jak również świadomość generalnej reaktywności na wszelkie odczytywane treści oraz tendencji do pogrążania się w świecie fantazji, czego dowodem są głupie miny robione w zapamiętaniu w stronę czystych inaczej szyb w przybytku kolei, nakazuje mi na te okazje przywdziewać bluzy z kapturem, golfy, chusty i szale, w których ów rumieniec można dyskretnie acz skutecznie ukryć.  

Należałoby również wspomnieć, że pierwszy i jak dotąd jedyny niewyrzucony tudzież nieoddany do osiedlowej biblioteki egzemplarz harlequina, zachowany w celach pamiątkowych, wpadł mi w ręce tyleż z przekory, co za namową mającej wówczas ogromny wpływ na moje zwyczaje czytelnicze osoby. Droga M., cudownie dziwna i nieogarnięta w subtelnościach społecznych zależności, sama udowodniła wielokrotnie swój talent gawędziarski w obszernych listach, wysyłanych w równie pokaźnych rozmiarów kopertach, podbieranych zresztą dziadkowi lekarzowi. Koperty na kartoteki lekarskie jak mniemam. Ta osoba właśnie wręczyła mi któregoś dnia w przejściu wiekopomne dzieło o jakże chwytliwym  tytule „Indiańska zdobycz”. Pierońsko droga sztuka, kosztowała bowiem całe 3 zł, okazała się być romansem pseudohistorycznym, w którym niejaka Laura oraz niewątpliwie umięśniony Krążąca Burza przedzierają się przez ostępy niebezpieczeństw, pokus, porwań, gwałtów oraz sterczących tu i tam różnorakich części ciała. To zastanawiające swoją drogą, jak często w tego typu dziełach padają kwestie o sterczeniu różnych rzeczy.

Pozostała jednakowoż nadzieja, na łóżku leży bowiem niedokończony O’Brien, a w torbie czekające na zmiłowanie książki, dzięki którym być może napiszę esej o psychoterapii egzystencjalnej. Iluzja życiowego motta zatraceńców, żyjących pod hasłem „Nic nie muszę”, staje się tym bardziej wyraźna, im bardziej zbliża się termin rozmów promotorskich, wypełniania indeksu i pukania w rzędy drzwi w budynkach pachnących zupą i pastą do podłóg.  Tymczasem jednak, obejrzę sobie jakiś film.