Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
piątek, 30 grudnia 2011
zbieractwo-łowiectwo.

Czekam cierpliwie, czyszczę. Zamiatanie pod dywan mi się znudziło, perskie arcydzieło tego nie zmieści, więc czas odkurzyć coś. 

Wysłałam list do E. mejlem. Poddaję się, amerykańska poczta wyraźnie mnie nie lubi, albo E. ma naprawdę niedorozwiniętych sąsiadów na parterze, to jest niemożliwe, żebym źle zaadresowała kopertę 3 razy. Chyba, że była za gruba, za dużo kartek, ulotek, biletów i map, zbyt duży ciężar dla zmordowanego listonosza na kacu w Kansas, szlag by ich trafił. Zdążyłam przepisać go dwa razy, ostatni raz na komputerze, żeby go uzupełnić po tym, jak udało mi się rozbić butelkę marchewkowego soku w torbie, zalewając go do szczętu. Tak czy siak, list poszedł, E. się rozczulił, ja po odpowiedzi też i teraz marzę o wizie i couchsurfingu w NiuJorku i niezapowiedzianej wizycie w mieścinie o indiańskiej nazwie, w stanie, w którym ponoć szaleją tornada. Obiecał przysłać kilka tekstów jak tylko je doszlifuje, więc nastrój od razu poszedł w górę i nawet "20 lat pod Lampą" cieszy już jakby mniej w porównaniu. 

Muszę zluzować z kryminałami, szczególnie przed snem, skoro gwarantują koszmar, który budzi moją matkę moim własnym wrzaskiem o 4 rano. Stanowczo muszę przerzucić się na romansidła, względnie kolorowe filmiki o szczeniaczkach i królikach. I zrezygnować z zasypiania ze słuchawkami, bo kiedyś naprawdę sama się uduszę przewracając nieprzytomne cielsko z jednego boku na drugi. 

Czytam opowiadania Murakamiego, kawałkami. Sprawdzam ile mam czasu do 2 w nocy, na ile stron mogę sobie jeszcze pozwolić, żeby nie przesuwać granicy z 2 na 3 nad ranem. Filmy jakieś miałkie te kinowe, może za dużo się spodziewam (ech, Van Sant) ale "Debiutanci" za to bardzo bardzo. I "50/50" mam na oku i nowohoryzontowe przeglądy w styczniu Pod Baranami. Z dziwów "Korzenie Europy: Kapela Ze Wsi Warszawa w podróży", przypadkiem napatoczona, cudna, ze skrzypcami, cymbałami, nagimi owłosionymi torsami i psem. I "Jesus Camp", o którym E. przypomniał mi dziś, podobno jakaś rudowłosa dziewczyna sposobem mówienia przypomniała mu o mnie i stwierdził, że pewnie taka byłam w wieku 10 lat. Nie jest to zbyt pocieszające, zważywszy na temat tego dokumentu, czyli boziowe pranie mózgu amerykańskim dzieciom z doprowadzaniem ich do płaczu i histerii na specjalnych obozach w celu stworzenia armii Jezusa... 

Z dziwów przyjemniejszych - już dawno żaden trailer nie ucieszył mnie tak, jak ten do Hobbita. Pochlastam się i zeżrę sobie wszystkie palce, jeśli w przyszłym roku nie obejrzę tego filmu za ciężkie pieniądze w lotniczym fotelu, na gigantycznym ekranie, ze wszystkim surround co tylko może być. A na ten rok oczekiwanie nerwowe, bo sfilmowali "Extremely Loud & Incredibly Close" Jonathana Safrana Foera, którego oryginalna kopia zresztą gdzieś mi wsiąkła (top priority na liście książek do odzyskania), mają wypuścić teraz jakoś w USA i wsadzili tam Sandrę Bullock i Toma Hanksa i trzymam kciuki mocno, żeby nie zrobili z tego łzawo-pocieszającego story o wyprawie samotnego dziecka w stylu "August Rush", bo będziemy z E. płakać rzewnymi łzami. 

 

sobota, 03 grudnia 2011
Oswoiłabym się.

Zdziczałam. Odwykłam od ludzi. Cały dzień ruch, w uszach Little Dragon i stary jazz i reggae, dużo kawy, mocnej, zziębnięte dłonie chowane coraz głębiej, sztywniejący kark od przysypiania w autobusach i pociągach. Nastawiona jestem antyspołecznie, sceptycznie do lukru i poklepywania, zawężam kręgi bez zająknięcia, żeby się tym "byciem z ludźmi" nie udusić. Reparacja w toku, nadrabiam zaległości pojedynczoosobowe, które obchodzą mnie na tyle, żeby nie szukać wymówek do zostania w domu. Reszta niech żyje beze mnie. Trochę mi tu dobrze teraz, na odludziu, ciepło. Muszę pościągać, poprzyciągać jakoś właściwych ludzi, połasić się jak kot, tak ich mało mam na teraz. Tak niewielu mogę znieść, a osaczają mnie jakoś wszyscy Ci, z którymi nie umiem już rozmawiać i nawet nie mam za bardzo o czym. I coraz rzadziej czuję, że powinnam.

Nie mogłam pisać długo nic, listy leżą nieskończone. Nawet teraz nie wiem, czy jest co zamykać, zaokrąglać. W mózgu trochę pustki, bo wszystkie "Niezasłane łóżka", "Sale samobójców", "Debiutantów" zostawiłam na nie-wiadomo-kiedy i boję się dotykać. Dlatego też Murakami jakoś leży, chociaż Japonia już nie, "Rower" i "Pożegnania" i "Achilles i żółw". Miałam iść na poetycki slam, ale nie wydusiłam z siebie nic, czego nie wstyd by mi było na głos powiedzieć. Pochowane jakieś wszystko. Rozsadza mnie Daniel Beatty z Def Poetry Jam, a nie wiem czy sama umiem jeszcze krzyknąć. 

Czekam na śnieg bardzo, bo ten stan szarości wpuszcza mnie w jakiś letarg i zawieszenie, bezbarwny świat zanurzony w bezwonnym powietrzu.  Czekam na palce pachnące mandarynką i resztki zaschniętej skórki w kieszeniach płaszcza. Na herbatę z cytryną i miodem i szczypanie w policzki.