Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
niedziela, 17 marca 2013
Have love, will travel.

W następny weekend wreszcie się wyśpię. Jak się zastanowić, to brzmi to żałośnie i niezdrowo bardzo, planować dobry sen dopiero za tydzień, dwa tygodnie, miesiąc. Ale jakoś się nie składało. A tak, pojadę na wieś, zmarznę, zmęczę się normalnym, ludzkim zmęczeniem i zasnę wśród wszystkich trzasków i szurań, kotów, psów, kawy i placków. 

Pochłaniam książki, wpadły mi w ręce dzienniki Krystyny Kofty za jakieś śmieszne pieniądze, więc czytam i zakreślam, chociaż gdzieś czytałam, że to książka słaba i nieprawdziwa i w ogóle be. A jakoś pierwsze sto stron poszło szybciochem, pokreślałam, jak zwykle, w różnych miejscach, pozaginałam rogi. Słucham Neila DeGrasse'a Tysona, Mariny Abramovic, która choć trochę zgrzyta i momentami wydaje się być wyniosła, robi ze mną coś i nie daje odłączyć się od komputera zupełnie. 

Opitoliłam głowę na krótko, przeczesuję palcami odruchowo, bo jeszcze nie mogę się przyzwyczaić, ale jest zmiana, jest lżej, jest dobrze. Nie wyglądam jak Halle Berry, właściwie byłam prawie pewna, że to spontaniczne strzyżenie zrobi ze mnie kobietę niewidzialną, stworzenie jakieś takie bezpłciowe, po którym wzrok cudzy przepływa bez dłuższego zatrzymania. A jednak w autobusie nr 144 przyłapałam chłopię. Młode bardzo, na pewno młodsze ode mnie (pieprzę jak emerytka), ale z przyjemną aparycją, uśmiechało się trochę zaczepnie a trochę nieśmiało. Zaznaczmy, że zakutana byłam w kurtki, szale, czapki i chusty góralskie, a w ręce dzierżyłam niewygodną siatę z mlekiem i mrożonkami. Czapkę zdjęłam. Myślę: "No, Kochany.. Zobaczymy jak będziesz teraz śpiewał!". A chłopię nic. Uśmiechnęło się szerzej i zerkało raz po raz spod tej harmonijki gumiastej na przegubie, co to nigdy nie wiem jak się nazywa, a stoi się niewygodnie, bo się obraca na każdym zakręcie. No cóż poradzić, uśmiechnęłam się też, uśmiechałam się właściwie całą drogę ignorując wrzynającą mi się w palce reklamówkę i powolną utratę czucia w opuszkach. A ten pomachał! Na wychodnym, podrapał się za uchem i pomachał. Tak się robi dzień, drodzy Państwo, próżnością! Sprawunki wyraźnie tracą na wadze jak się takie chłopię uśmiechnie. Podeszwy się robią miększe też, bardziej sprężyste. Kolory bardziej kontrastowe. No dobra rzecz, dobra, takie obserwacje w transporcie publicznym.

Z rzeczy innych, czas się zacząć traktować poważnie. Przechorowana zima, zły sen i zawroty głowy to nie jest to. Z bólem kręgosłupa też wolałabym poczekać jeszcze z 10 lat przynajmniej. Rozciągam więc kości zbolałe i mięśnie, popycham jabłkiem owsiankę z miodem, szukam pozycji do spania. Trzeba zacząć siebie trochę głaskać, nie tylko intelektualnie, bo ciało się buntuje. Twardnieje pod łopatką prawą, trzeszczy w kostkach. Rozgniatam więc palcami, kręcę stopami kółka krzywiąc się lekko na ten straszny dźwięk znany z filmów z Jackiem Chanem, ostrzeżenie audio przed osteoporozą. Mniej czasu bezsensownie spędzanego przed monitorem, mniej spiny. Ustawianie granic. Żeby nie zostać wbrew własnej woli zastępczą żoną i matką, żeby nie wpychać się sztucznie w role, które nie są dla mnie przeznaczone. Trochę się łokciami rozepchać. Idzie wiosna.