Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
środa, 29 marca 2017
Kot mi spierdolił.

Podobno trzymam w ręce kijek. Kijek, którym wyznaczam jak blisko można do mnie podejść. Kijek, którym odpycham. Kijek, którym sama się okładam jak mi w życiu za dobrze. I nie jem wtedy, albo nie śpię, albo studia olewam albo robię sobie krzywdę jakąś inną, dzięki której wszystko jest nowu w homeostazie, rachunek się wyrównuje. Jeden taki kijek zostawiłam w gabinecie kilka tygodni temu, nadal tam jest zmaterializowany w starym ołówku, który leży w kącie, symbolicznie. Zostawiłam, bo chciałam. Bo mi zależało, żeby chociaż raz spróbować czegoś nie spierdolić, podejść bliżej. Podejść do kota.

I zaczynam tego żałować. Strugać sobie nowe kijki. Bo nie wystarczy, że ja odłożę swój. Co z tego, że chwilowo nie tłukę się swoim, skoro w każdej chwili mogę dostać po głowie cudzym. Ja naprawdę nie umiem w uczucia, nie wiem co się robi ze słowami, żeby je wyrażać jakoś po ludzku. W domu nikt nikomu nie mówił, że kocha. Mnie powiedziano to może raz i wpadłam w panikę. I teraz siedzę bezbronna i próbuję jakoś w metaforach chociaż zamknąć wszystko, co się tam kotłuje i nawet to mi nie wychodzi. 

Trzeba było trzymać kijek. Może krótszy, może opuszczać go okazjonalnie, ale trzymać. Teraz strugam nowe. Kot mi spierdolił.