Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
czwartek, 17 maja 2012
Chuch nocny.

Wibruje mi coś od pępka do wewnątrz i w stronę kręgosłupa, rozchodząc się potem między łopatkami, falowo, wraca do lędźwi. Nie rozstaję się z dźwiękami, w stopach elastycznie, w kolanach miękko. Chodź, chodź, podrapię Cię za uchem, lewym. Chodź, bo mnie świerzbią ręce puste, bo mam kark wrażliwy i plecy, a Ty masz wolne to zagłębienie pod brodą ciepłe.

Chuchanie, głaskanie, zapatulanie słowem i jedzeniem, moszczenie się do snu. Robić swoje. Nie oglądać się na nic. A wszystko bez tłumika, bez rąk skrępowania, przywiązania do etykiety, wszystko w ruchu.

 

"Chaszcze w puszczy parchem nabzdyczone pobrzękują zjełczałą ligniną.

Jękiem i żużlem zharatany leżę na dywanie z cukrowej waty, gdy po lewej burcie mojego prawego knykcia dżdżownice w łoskotu takt haftują miedziane dzwonki koksem.

Szurający oddechem po jedwabiu karmelowy okoń smagał bolączkami niczego nie podejrzewające gołębie. "

niedziela, 13 maja 2012
Buch buch swing.

Karmię króliki marchwią i koniczyną. Wilgocią zimną nasiąkam i dymem z pieca. W za dużej bluzie marznę z kubkiem fusiastej kawy, po ludziach ploty zbierane, rosołki w garnkach emaliowanych, odsypianie w pierzynach puchowych po uprzednim pająka zatłuczeniu. Włóczę się, szwendam i szlajam, bo dzwonią, bo wyjść, bo niesie i roznosi łoskotu takt. Potem można nad ranem zwinąć się w kłębek, zapatulić i umościć. Piwo w Śledziu, piwo w lesie i na łące, smętne śródnocne papierosy i nieustających niespodzianek ciąg. Zalew ciepła.

Czterdzieści cztery dobre rzeczy na dzień, a na te złe na pociechę kluchy ciepłe z pomidorem i bazylią. Ł. się mną zaopiekowała, pierze mi ręcznik i na piżamę zrobiła miejsce, wysłuchuje jojków i jojczy w zamian, w swojej pedanterii przymyka oko na łóżko na kacu niepościelone, na kubki z herbatą i kłaczki na poduchach. I nawet zabierze mnie na reggae w ten ostatni juwenaliowy zryw, póki możemy jeszcze tańsze bilety nabyć. R. łzy ociera moje dłoni swojej wierzchem i wtłacza do łba na pijackiej żałości fali najpiękniejsze epitety. J. na telefon w dwie godziny stawia się w mieście Krk, karmi i kawą poi, uśmiechnięta. P. chucha ciepłem. Tylko kości bolą czasem z rana, po baletach, po nocnym piaskobieganiu, znajduję na stopach ślady spotkań z ostrymi krawędziami, bąble po komarach, siniaki na łydkach i otarcia. Ładuję wszystkie siebie cząstki, śmiechem po brzegi wypełniam, bo wtedy szczypie jakby mniej.

 



środa, 02 maja 2012
Cisza po.



Jelenie mi się śnią. Takie w chłodzie, w lesie zimą albo we wrzosach, kiedy para leci z ust. Jak ten, który wyszedł na drogę 10-15m przed nami, wtedy w górach. I stał nieruchomo między zaspami, i my staliśmy, bo i czas stanął. Za chwilę uciekł i tak, jakby go tam w ogóle nie było. 

 Śnią mi się stoły z jedzeniem, a przy stole, naprzeciw mnie, siedzi J. Wkoło dużo innych ludzi, jest hałas, ktoś go o coś pyta. A J. tylko siedzi i przeżuwa, nie wiem nawet co je, ale też jakby go tam nie było. Albo jakby mnie tam nie było, bo przecież jakby mnie nie widział. Nie słyszy, bo nic nie mówię, nic nie mogę powiedzieć, tylko patrzę jak podnosi widelec, jak się wyciera serwetką. Nie znoszę tego snu, ciężko się po nim powieki otwierają, herbata robi się jakaś gorzka, a chleb czerstwy.

Czytam jak prof. Poprzęcka w Dwutygodniku pisze o krześle Thoneta i o odcinaniu dłoni dzieciom w Kongu. Patrzę na to zdjęcie i po chwili dostaję już mejla z empiku, że książka została wysłana, że kolonializm i że Rwanda, więc kolejna książka. 

Czytam w 'Black Boy' o tym, jak Richard Wright jako dziecko podpalił firanki z nudów i puścił z dymem cały dom, jakie dostał za to baty, jak próbował sprzedać jakiejś białej kobiecie psa za dolara, jak się uczył, że do kasy biletowej na rejs po Missisipi ustawiają się dwie kolejki. 

W obrazach ruchomych 'Sunset Limited' i 'Detachment', 'Wichrowe Wzgórza' też czekają, na zmianę upał z wiatrem. Może stąd te sny. I może z rozmów nocnych. Tych głupich i tych do ochrypnięcia. Bo może, tak naprawdę, ja nie mam już J. nic do opowiedzenia.