Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
czwartek, 23 maja 2013
I feel thin, sort of stretched, like butter scraped over too much bread.

To dziwne, uświadomić sobie, że najbardziej adekwatne określenie stanu, w którym się znajduję, padło u Tolkiena. Jestem rozciągnięta, naderwana. Mam deficyt snu i czasu. Cały dzień jadłam, jakbym się bała, że nadejdzie wkrótce czas przemożnego głodu. Stoję pod strumieniem gorącej wody dziesięć minut, a po wyjściu mam wrażenie, jakbym tam spędziła przynajmniej godzinę.

Jak mówił Chappelle nic wielkiego się nie stało na slamie, przeczytałam jedną rzecz i żyję, chociaż znajoma pikawa dała o sobie znać. Za to po była wiśniówka i tlen nad Wisłą i cała ta noc, która wyskrobała ze mnie jakieś kosmiczne pokłady bezbronnej czułości. Skończyło się na tym uczuciu, które mam zaraz po tym, kiedy się potknę czy poślizgnę. Mimo, że udaje mi się jakoś złapać równowagę, zostaje ten lekki szum w uszach i niepewność kolan, ta dezorientacja błędnika. I gdzieś podskórnie zadawane pytanie o to, czy naprawdę chcę to czuć częściej.

Chciałabym bardzo, żeby puściło napięcie. Czasem marzę wprost o tym, żeby wszystkim wkoło mówić tylko prawdę, żeby mieć to za sobą i poczuć może ulgę, mieć to w dupie. I żeby ze mną się tak nie cackali, nie wciskali mi kitu. Chcę jechać na miesiąc na wieś, codziennie rano wygrzebywać się spod pierzyn, wychodzić na schody przed domem przeciągając się w tym idiotycznym podkoszulku z myszką miki, zalewać sobie kawę i poczuć, że wszystko jakoś dzieje się samo, bez wiecznego opanowywania. Odłączyć telefon i czytać książki w pociągach. 

Chcę się włóczyć.