Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
środa, 28 lipca 2010
czarnych kotów stada
Ja już musze iś, robić, bo już drugo godzina, ale to Ci jeszcze łopowiem. Jak pracowałam w sklepie tu, o, wisz gdzie, no, to były tam kiedyś u mnie chłopy, ściany mi bielili, malowali znaczy sie. No i tam jak skończyli, to mi zostawili ty farby i tego wszyskiego, goronco było, no to po robocie dałam im tam piwa i flaszke jakomś i tego... Iiii łoni siedli, jak sie napili to zaczeli godać. I wtedy sie właśnie wszysko wydało co to sie tu stało jak we wojne kiedyś nasi zaszczelili tu Niemca. Bo wisz, że za okupacji to tu Niemcy we dworze byli, tak było wszendzie, gdzie był jaki dwór, że łoni to zajmowali. No iiii... kiedyś w nocy, spili sie partyzancio, nie partyzancio, bo to bandyci byli przecie. Spili sie, a to nie nasze chlopy, tylko tam ze wsi, spili sie i przyszli tu do dworu i jednego Niemca zaszczelili. A to wisz, Aniu, jak było kiedyś z Niemcami, we wojne, jednego zaszczelili a łoni potem szli, przyjeżdżało Gestapo, wywlekali chłopów z domu i dziesiontkowali, znaczy sie, co dziesiontymu kula w łeb. Ich tam nie łobchodziło. No i tak Ci mówie, ze przyszli tu do nas w nocy, ja to pamientam, chocioż dzieckiem małym byłam, w nocy przyszli i słysze do ty pory takie pukanie w łokno. Mama moja, babcia staro znaczy sie, łotworzyła, a tam mówiom, ze Niemca we dworze zaszczelili i zeby budziła ujcia, zeby ujcio uciekoł z niemi, bo bedom chłopów z domów wyciongać. No i, Aniu, oni sie wszyscy pozbierali razem i uciekli, tu niedaleko w sumie, z psami Niemcy byli, to by pewnie nie mieli szans. Ale co Ci chce powiedzieć, byś wiedziała, bo to łoni mi tak łopowiadali, ci co malowali, ze tamci co zaszczelili tego Niemca, to jeden został tam, poszczelony w kolano. Rannego go tam zostawili, o w kolano poszczelony, no to iś nie móg. A ta Pani co tu we dworze była, G., to łona dobra kobiecina była, za wsią tu zawsze, ta, co te gorzelnie miała wisz.. no Wy już nie wiecie, tam gorzelnia była jak teraz jest to co straż pożarna co była we wsi. I ona ich tam do kupy pozbierała, tego rannego zawineli w koce, bo to wiecie, ze wtedy nie było tam folii i takich, ino w koce go zawineli. I czeba go było gdzie schować, zeby go Niemcy nie znaleźli. No i tak sie zdarzyło, ze tu u tego S. sie krowa cieliła akurat. To oni go tam do ty stodoły pod to słome tam zakopali, gorzałke w niego wlali, zeby nie jenczoł, ino społ, bo by sie wydało wszysko. I tom słomom go przykryli, ciele na niego połozyli. A te koce tu gdzieś za wał, nad Wisłe wynieśli, tak ze dwa tropy były rózne, zeby te psy tego Gestapo nie znalazły. No i Aniu, oni byli tam, Ci Niemcy, w ty stodole, szukali, ale doś wiesz, jak sie krowa cieli ile krwi jest, no i dźgali tam widłami koło niego, ale widocznie nie trafili całe szczyńście na niego, bo go nie znaleźli. Tam gonili z tymi psami wszendzie jeszcze, ale psy zgupiały, pogubiły tyn, trop, no i tak było. A tu w B. we dworze też byli Niemcy i ten tam ich taki no, dowódca, to łon przyjechoł tu do wsi i poświadczoł, ze, byś wiedziała, ze od nas to nik nie był, ze to nik nie był ze wsi ino musioł kto inny być. No i ta Pani poświadczyła też, no i łoni pojechali. I powiem Ci, ze ten chłop, ten z tym kolanem przeszczelonym przeżył to, bo potem długo po wojnie był tu kiedyś i dziękowoł tym, co go wtedy ratowali. No, tak było, Aniu, tak było, tako prowda.
wtorek, 13 lipca 2010
Stoi las, mówię wam, szumi las, mówię wam
'A ten znowu pierrrrdoli' - pomyślała Grażynka, ładując dwa kilo nowych ziemniaków do jednorazówki. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że już dawno przebrzmiałe gonady PanaMiecia stanowczo wymagały wietrzenia, a każdy kolejny kiszony ogórek był dla niego pretekstem, żeby puszyć się jak paw przed potencjalną kopulacją. PaniKrysia natomiast nie wyglądała na taką, której by to specjalnie przeszkadzało. 'Stara prukwa. I jeszcze ten wypłosz, co stoi przy tych kalafiorach jak cieć przy hałdzie żwiru. Zdecydować się nie może, wybredny się znalazł. Pewnie mamusia po łbie leje jak kalafiorek nie w ten deseń. Glut z nosa cieknie, nie dziwota, że tak durnowato wygląda' - prychała Grażynka spoglądając na pogrążonego w zadumie Stasia, który właśnie zawzięcie dłubał sobie w nosie i wycierał ostatnie smarki wierzchem dłoni. Stasio był dziś nieswój. Nowiuteńkie czerwone slipy piły go niemiłosiernie. Matula na zakupach przeoczyła drobny fakt, że wyrósł już z ikseski. I na dodatek te kalafiory, bezkształtne jakieś, bez wyrazu. Nijak za serce nie chwytają chyba, że z litości. O, ten tu w środku, to najwyżej na zupę i to z dużą ilością marchewki. I jak on to Matuli do domu przyniesie? Załamie się kobiecina, wypadnie jej z rąk kozik, łupiny ziemniaczane rozsypią się po linoleum i szlag trafi całą kulinarną koncepcję. A Matula rozpłacze się i znów nastawi płytę Osieckiej. Nie może jej tego zrobić, po prostu nie może...

Upał uruchamia we mnie tryb nietoperza. Nowe zaczyna się, chyba. Stare się rozłazi raczej, leniwie, owszem, ale puszcza jeden szew po drugim. W dupie mam takie lato w klimacie podobno umiarkowanym, kiedy w tivi mówią mi, że mam siedzieć w domu od 10 do 17, bo padnę na zawał/udar/odwodnienie albo inne kurestwo. I w dupie mam to, ilu ludzi na urlopie ta pogoda cieszy. Wolałabym mieć wybór w kwestii tego, czy hodować sobie raka skóry czy nie. I nie płacić za ten wybór od 5 do 45zł, w zależności od filtra. Pocieszają mnie pociągi, w których wieje, zmęczone żarem dzieci kleją się do obfitych biustów matek, dziewczęta wysuwają stopy z pantofli, a panowie głowy z karków, żeby te stopy obejrzeć z zadziwiającą wręcz dokładnością. Baby człapią z siatami, rozlewając pośladki na miękkich siedzonkach, na których zostaną po nich tylko mokre plamy. Panienki z dobrych domów, dłońmi w delikatnych zegarkach i bransoletkach z białego złota, wachlują się planami galerii handlowych, względnie najnowszym Twoim/Twojszym/Najmojszym Stylem. I nagle do wagonu wchodzi On, Kloszard Jak Się Patrzy, zatacza się ku uciesze dzieci i młodzieży, aby ceremonialnie zasiąść w tradycyjnym siadzie menelskim obok jednej z pań. Zakłada jedną spuchniętą nogę na drugą, z dyndającym na niej przegniłym sandałem, skula się lekko w sobie podpierając opadającą w oparach głowę na dłoni, a łokieć na kolanie. Z dłoni wystaje palec wskazujący, oparty o skrzydełko kloszardzkiego nosa. Żul myśli. Pozostaje skonstatować jedynie ów fakt, założyć z powrotem sandałki pod groźnym spojrzeniem konduktora i przewrócić kartkę.

niedziela, 11 lipca 2010
Był po tylu wódkach, po ilu noc staje się wielkoduszna
Ależ dzień dobry PaniKrysiu! Kłaniam się, rączki PaniKrysi całuję, uniżenie, oczu nacieszyć nie sposób, PaniKrysiu, jakżesz się PaniKrysia wystroiła, ohoho, ta sukieneczka w kwiatki, te buciki, loczek, PaniKrysiu, powalająco, po prostu, powalająco działa PaniKrysia na moje serce biedne, schorowane, te oczy migdałowe, usta malinowe, zapach róż, no cud-miód, ale tylko spadziowy, PaniKrysiu, wątroba, WiePani, już nie ta, bo widzi PaniKrysia, ja to z wyższych sfer wywodzę się, PaniKrysia rozumie, kalmary, mule, kawior, a i ośmiorniczką od czasu do czasu nie pogardzę, WiePani, a ze słodyczy, PaniKrysiu, to najbardziej lubię ŚLEDZIA - wychwalał PanMiecio w Jarzyniaku na ul. Polnej,szczerząc się do stojącej za ladą PaniKrysi, w błękitnym fartuszku, jak szczerbaty do suchara, wkurwiając niemiłosiernie niejaką pannę Walentynę, co to tylko po 30 deko kapusty przyszła, kiszonej. 

W żarze lejącym się z nieba produkując piegi, czytam Cortazara. Z jakiegoś powodu Oliveira jest Oliveirą, a Maga Magą tylko, gdy upał dusi ludzkie oddechy, zmieniając je jedynie w spalone słońcem westchnienia. Oglądam stopy pod światło, niesymetryczne, lewa jakby ładniejsza, jak cała lewa strona mnie, bo od serca. Wycieram dłonią kapiący z czubka brody sok z lodowatego arbuza, tego, co go wtedy tak bardzo brakowało, w tej jadłodajni od siedmiu boleści, na kilka godzin przed podróżą wśród dźwięków, maków i rozgrzanej błogości. Wypluwam pestki w dłoń o piegowatych knykciach (miseczki brak), drugą dłonią przekładając kartki i patrząc, jak sąsiadka z bloku obok wlecze za sobą psa na smyczy w kolorze blue. Biedny pies. Myślę sobie teraz, że ten z wielkimi różowymi uszami i różowym nosem, który na krótkich nóżkach kołysał się kiedyś w deszczu na Plantach był szczęśliwszy o całą długość smyczy, pięć metrów tak na oko. 
J. pod wpływem powiedział, że chciałby żyć bardziej. A ja siedzę na tej kładce między oknami jak Talita i pytam samą siebie, czy jestem tchórzem.

Ledwie zaczynał lerfić jej noemy, juź jej się drliła klamycja i oboje zapadali w wodomurie, w dzikie prężyny, w rozpaczliwe dystalancje. (r. 68 'Gra w klasy')

A na vinylu gra: Al Bowlly 'Blue Moon'.