Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
sobota, 23 lipca 2011
everybody's gotta learn sometimes

Jest późno, pusto i zmęczono. Gry planszowe, wygłupy przy stole z ceratą, butelka wina przy kiepskiej komedii w steoreotypowej Irlandii. Dużo kawy wcześniej, teraz Beck i Anthony and the Johnsons. Na podłodze obok łóżka Sallinger, Przekrój, jakieś kryminały, pusty kubek po herbacie owocowej.

Wczorajsza planowana pobudka o 4 rano skończyła się rezygnacją z pomysłu zaśnięcia o 3:57. Deszcz. Jest coś smutnego we wstawaniu z łóżka, kiedy pada. Z jakiegoś powodu kojarzy mi się to wyłącznie z podstawówką, czarną kurtką z kapturem, parasolem w kratkę, kanapkami z żółtym serem i piskiem czarnych trampek z targu na gumolicie. Potem lepiej, kawa, płatki, gumowce, kamera, ślimak sunący leniwie po asfalcie, trochę przekleństw i dużo ciszy. Chabry i maki, odrobina słońca już pod sam koniec, przed siódmą rano, żeby się milej do domu wracało po mokrej trawie. Koty, dużo kotów. Nawet dziś, w zimnie, ciepłe, zwinięte w kulkę na parapecie. I wszystko szumi, nie przestaje nawet na chwilę. Tylko powrotów na noc jakoś nie lubię, mimo latarni, wszystko trzeszczy, tupta gdzieś w ciemnym kącie i miauczy i nawet światło na ganku nie pomaga. Wysyłam totolotka. Jem placki ziemniaczane i makowca. I tylko babcia stoi na środku kuchni, szykuje się, zbiera, żeby coś powiedzieć i zagadać. Rezygnuje, wychodzi. Za chwilę wraca, zalewa mi herbatę. Gadam z babcią o powodzi i norweskich bombach.