Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
niedziela, 30 sierpnia 2009
Budjav Lebac

Siedzę i smarkam. Pluję glutem. Na chorobę, zarazę, prątki wszelakie. Na taki wieczór z pustym pokojem, kiedy W. czarny czernią smolistą, w całej swojej kolumbijskiej okazałości, łapie stopa gdzieś pod Arnhem, zamiast siedzieć tu ze mną, słuchać Komedy i skręcać filtry do fajek z biletów autobusowych.

Pluję na Animal Planet, z holenderskimi napisami, bo w każdym psie widzę dziś mojego psa, ciepłego, z zimnymi uszami i nosem, zwiniętego w kulkę na fotelu. I jest mi zimno cały czas, chociaż nie mam pojęcia dlaczego. A na rower to w ogóle pluję, charkam spod wątroby prawie, na zielono. Niech stoi, wehikuł szatański, w szopie, pomiędzy innymi bezeceństwami, dopóki nie znajdę swoich płuc leżących gdzieś na linoleum. A co!

niedziela, 16 sierpnia 2009
Netherlands - I'm coming
Nocna Warszawa.. Pomruki i pijackie rozmowy, wybryki.

Pociąg z wystraszonymi ludźmi na trasie Wawa - Arnhem w Holandii zielone pola, krowy, konie, owce i starsi ludzie znający angielski, uśmiechający się na każdym możliwym kroku. Akademik w Lent, dookoła zielono, do centrum 15 minut rowerem. A na kolację stara poczciwa jajecznica.

Myślę sobie, że będzie dobrze.


środa, 05 sierpnia 2009
yesterday is gone and tomorrow is not here
Pytał ktoś, co robię. Ano jeżdżę. Nosi mnie. Im więcej do roboty tym lepiej, nie ma czasu na myślenie. W Ustrzykach ludzie tak dobrzy, że to aż boli. Bosy rastaman z dzieckiem w nosidełku. Zimne noce. Łaciate ćmy w łazience. Dużo ludzi niestety. Na szlakach też. Ale w zasadzie całe niemal trasy sama. Motyle i jaszczurki. I zieleń. A U Rzeźbiarza jednak po staremu, borówek ze śmietaną mi dali. I przygarnęli, po swojemu, chociaż bałam się, że nie będą mnie pamiętać. I gitary, Grajkowie, herbata z prądem i niebo usiane gwiazdami. I wracaj tu do domu teraz, człecze, daj się wytrząść w pociągu, wymiąć w autobusie, żeby na zimnej poduszce złożyć spieczony słońcem kark. A rano jak gdyby nigdy nic, przepakować się i w kolejny pociąg wsiadać.

Wrocław duszny. Słońce bezlitosne. Słychać niemal jak ludzie syczą przypiekani na chodnikach. Wzdychają i powłóczą nogami, jedna za drugą. I tylko bywalcy, filmowcy wylansowani, z niebieski opaskami i smyczami, popijają w cieniu zimne drinki. A Możdżerowi palce nie mieszczą się w uszku filiżanki.

Mało czasu. 7 filmów w 3 dni. Prawie cały dzień głodna, biegałam tylko z kina do kina. Na pierwszy rzut śpiewaczka operowa z depresją poporodową, zło, marazm, nic tylko sznur na stryczek skręcać. Jałowy film o babie, która zwariowała. Potem na szczęście coraz lepiej. Ale też, obuchem w łeb to:



Przez pierwsze 20 minut ludzie wychodzili z kina. Może dłużej nawet. Grek opowiadający po rusku o tym, jak postradał zmysły. Dużo szaleństwa w Breslau, chaos i miganie świateł. Papierosy i wirowanie.

A potem Joe Strummer. Niewiarygodnie piękny. Z całą swoją rebelią, bezczelnością i odwiecznym papierosem. Nawet potem, z dziećmi, reggae i ogniskiem. Zapiera dech w piersiach. Czasem myślę, że lepiej było mieć 20 lat w tamtych czasach. Teraz jest nam zbyt łatwo. I że mam słabość do muzyków.

A na koniec kino na Dworcu Głównym i kazachski Głodowy Step:


Stare kino. Elokwentny kasjer właściciel. Dwie starsze panie, z czerwoną pomadką na ustach, kiwające ze zrozumieniem głowami, gdy ten narzekał na zbliżający się remont i zamknięcie kina. Stare, skrzypiące, niewygodne fotele. Neon nad drzwiami. I odświeżony ekran, którego ostry zapach unosił się w powietrzu.

A między tym wszystkim noclegi za miastem, dojazd pociągiem lub autobusem. Długa, wąska, asfaltowa droga, obsadzona z obu stron topolami. Bardzo kręta. Po bokach tylko żółto, zielono, żółto, zielono, żółto i czerwone kombajny. Teren tak płaski, że niebo niemal przytłacza błękitem. Upał i świerszcze.