Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
czwartek, 26 sierpnia 2010
what are you thinking of?
Ciepło było w Lencie. Dobra kawa. Wypijana z poziomu błękitnego kocyka polarowego na zielonej trawce, z grubym zeszytem na kolanach i piórem w dłoni. Tym samym czerwonym piórem, które dostałam na osiemnaste urodziny. Prześciganie się w grzecznościach przy drzwiach od łazienki z C. Rozciągnięte podkoszulki F. A. i jej szorty w motylki, czerwone lakierowane balerinki z kokardką, jak się masz, Dorotko? Penne i sos pomidorowy marki Jan Linders. Dank je wel. Alstublieft. Lekko skrzypiący rower, pola kukurydzy, świecąca na niebiesko elektrownia, jazda przez most późnym popołudniem, kiedy na kierownicy od wiatru marzną dłonie, więc nonszalancko chowasz jedną do kieszeni i prostujesz się. Lody ze Swirla, Het Goed, filmowe żyrandole w kawiarni w kinie Lux, coffee shopy na Sint Annastraat, sobotni targ w centrum z materiałami, akcesoriami rowerowymi, świeżo robionymi stroopwaflami, tonami owoców i darmowymi próbkami tapenad i oliwek, z panem w środku kwadratowego stoiska pod białym daszkiem w czerwone paski, krzyczącego na całe gardło: "Lekker, lekker, lekker!". I spaghetti z cukinią, kot przeciągający się przed szopą na rowery, rzeka i wylinki z krabów, wegetariańskie żarcie z Reftera, shisha z jabłkowym tytoniem i bańki mydlane. I nocne podchmielone powroty rowerowe z Vossenveldtu, zdzieranie gardeł, rajdy do Oosterhout na plac zabaw i aleje ze światłami i stawami, zaglądanie ludziom w bezfirankowe okna kiedy zasiadają do stołu.

A to wszystko mam teraz w głowie przez to:

i przez wiersz znaleziony. I tęsknię bardzo.
środa, 18 sierpnia 2010
Hej...
Zjesz ze mną przedmarańczę?


Ludzi rysuję. Na Jutubie Eddie Izzard, Bobby McFerrin i filmy online. Na komodzie w kolorze babiego lata Axelsson, Plath i Kundera, w głowie krajobrazy lądolodu i Makrokosmos, bo dziś leciał akurat. I rybitwy, nurzyki, głuptaki, pingwiny królewskie, gęsi szare i albatrosy. Zgubiłam gdzieś wiersz od E., nie pamiętam pod jaką nazwą go zapisałam, przekopałam tony bezsensownych plików w Łordzie, całe kilometry psychologicznych i administracyjnych dyrdymałów, pierdolenia o lęku społecznym, histrionicznym zaburzeniu osobowości i skryptach ze stresu, podań o wpis/wypis/odszkodowanie, materiałów do magisterki, której chyba nigdy nie napiszę. A wiersz wsiąkł i wkurwia mnie to bardzo, bo był mój, dla mnie, najmojszy ze wszystkich moich i teraz go nie ma. Akurat kiedy mija rok odkąd piłam kawę w Cafe T na Central Station w Nijmegen, siedząc na kuszetce patrzyłam na wystraszoną kobitkę, która wysiadła z pociągu w Dusseldorfie, robiłam sobie najpaskudniejsze zdjęcie w fomacie paszportowym i kupowałam używany rower. Akurat kiedy jakieś 3 dni temu w przejściu dworcowym widziałam 'Słońce też wschodzi' Hemingway'a, znalazłam na stronie uniwerku w Nowym Orleanie info, że Mary McCay prowadzi kurs o Blade Runnerze, mam na łinampie the Dodos, jadłam penne z tuńczykiem i myślałam o tej ohydnej knajpie vis-a-vis dworca w Nijmegen, z dywanikami zamiast obrusów na stołach i paskudną kawą,w zimie, kiedy ostatni raz widziałam E. i pierwszy raz widziałam jak zapala papierosa (!) i czeka aż mój bus odjedzie na lotnisko. Stał tam w brązowej sztruksowej kurtce z kołnierzem, mały i chudy, poprawiał okulary zaczerwienionymi dłońmi (znowu zgubił rękawiczki), które chował w dziurawych kieszeniach, stał, palił i uśmiechał się. I tak szukam i szukam i szukam i przekopuję się przez dzień zły i mdły, a tu wiadomość od E. na twarzoksiążce, dwa zdania i myśl, że brakuje mi go tak straszliwie, że udusić by się można z tęsknoty. I że dawno nie czytałam nic, co napisał, że chciałabym wiedzieć, że on nadal pisze.