Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
środa, 29 sierpnia 2012
Magiczne kliknięcie.

W dzisiejszym odcinku z serii "Krok po kroku": wyjście z łazienki z rozwalonym zamkiem w mieszkaniu, w którym oprócz Ciebie jest tylko dwójka małych, śpiących, nie mówiących po polsku dzieci:

 1. Nie panikujemy. Jesteśmy w łazience. Tutaj MUSI być coś, czym można otworzyć drzwi.

2. Odkładamy na umywalkę gałeczkę do przekręcania, która została nam w dłoni na skutek próby opuszczenia łazienki. Może się jeszcze przydać.

3. Zauważamy lekko chyboczący w dziurze w drzwiach bolec od reszty mechanizmu, którego wahadłowy ruch niebezpiecznie przypomina bujanie samochodu nad przepaścią i może zakończyć się upadkiem reszty zamka na podłogę w przedpokoju.

4. W celu prewencji, na wystający z dziury bolec, na którym zasadzała się gałeczka, nakładamy zaciskową spinkę do włosów typu A, która w razie czego zatrzyma się na drzwiach i nie pozwoli zamkowi wypaść z drugiej strony.

5. Następnie za pomocą najmniejszego na świecie obcinacza do paznokci niemowlęcych, a konkretnie jego bocznej strony, poprzez 2 warstwy chusteczki higienicznej w celu zniwelowania poślizgu, zakładamy zacisk na bolcu.

6. Ostrożnie, z językiem wystawionym z lewej strony ust, przekręcamy całą konstrukcję w prawo, aż usłyszymy magiczne klikniecie.

7. Drzwi otwierają się. Publiczność szaleje, dzieci krzyczą, panie mdleją, w tle słychać powszechnie znany utwór:



 

Słucham muzyki w tramwajach i pichcę. Dla kogo ja to wszystko robię tak właściwie?

 

czwartek, 02 sierpnia 2012
Strike the hammer while iron is hot.

Boli. Boli w chu. Taki ze mnie cwaniak, że w klasycznie niemądry, zakrapiany alkoholem, sposób nie wzięłam pod uwagę swojej, bądź co bądź, kruchości czysto ludzkiej, cielesnej i teraz krzywię się kaszląc i biorąc głębsze oddechy. Nie wspominając o tym, że chodzę na rozmowy kwalifikacyjne w bluzkach z długimi rękawami, bo wyglądam jakbym dosyć mocno przesoliła zupę. Zagoi się, jak wszystko inne do tej pory, z dumą i godnością własną pójdzie pewnie trochę wolniej. Ale podobno wszystko, co dobre, przychodzi z bólem. A to była dobra noc. Dobra i ciepła. 

Szukanie pracy w toku, jutro okaże się, czy potrafię się ogarnąć i dwójkę dzieci ogarnąć na tyle, żeby sympatyczna Hiszpanka była skłonna mi za to zapłacić. Po kawałku naprawiam, przykręcam i czyszczę to, co zalegało kurzem do tej pory, skrzypiało i odmawiało posłuszeństwa. Uczę się odpowiadać wyłącznie za siebie. Odpuszczać. Czasem dać się sobą zająć. 

Sny mam miękkie i ciepłe. Możliwe, że to przez prochy przeciwbólowe. Ale możliwe też, że to przez muzykę w słuchawkach i powoli rosnące przekonanie, że dam sobie radę. Że ostatecznie nie muszę spełniać niczyich oczekiwań poza własnymi. Polecam komplementy. Wysłuchuję ich ostatnio zaskakująco dużo i z pewną ulgą stwierdzam, że przynajmniej w niektóre udaje mi się uwierzyć. 

Na tapecie dziś "Zapaśnik", bo wreszcie udało mi się go obejrzeć i siedzi mi jeszcze bardzo. I "Drive". Nadrabiam zaległości. A żeby się w stany jakieś melancholijne nie zapadać, do kawy leci "Zbyszek" i "Grażka".