Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
piątek, 23 sierpnia 2013
Cienką podeszwą po kamieniach.

Za pieniądze na Coke'a kupiłam Kuczoka i listy Kerouaca i Ginsberga. Możliwe wnioski są dwojakiego rodzaju: jestem kompletnie aspołeczna i głucha na nowoczesne trendy, albo nieświadomie weszłam na wyższy poziom hipsterstwa, którym w jakimś sensie gardzę. Żeby się jarać designem książek dla dzieci  i tym, że na Kazimierzu rosną drzewa...

Został mi jakiś tydzień wolnego. Naczytałam się, wlazłam na górę, uciekłam przed hałasem pod szałas pasterski, zachwyciłam się chłopcem w stroju ludowym i tym charakterystycznym szumem w koronach drzew, zapachem żywicy. Spiekłam się i zmarzłam, usta mi spierzchły, ale tak dobrze mi się szło, w tych starych portkach po bracie, z nogawkami uciętymi nożem. Tak, jak myślałam, włosy krótkie potargane, kolana rozstawione szeroko i bez elegancji, podrapane łydki. Jeszcze trochę, a zacznę nosić w kieszeni scyzoryk. Noce są wreszcie zimne, duchoty coraz mniej, idzie ta dobra pora roku, która daje ulgę, szumi i trzeszczy. Ta pora, kiedy mam wciąż zziębnięte ręce, ale lżej się oddycha. Ludzie będą jojczeć jak zwykle, że zimno, a ja będę wciągać ten chłód w płuca, krążyć między drzewami aż poczuję palcami zimny czubek własnego nosa. Jutro rano jadę marznąć gdzie indziej, będą wierzby i cukrówki, lisy i ćmy, babcia będzie opowiadać o tym, jak się kiedyś z wikliny kosze wyplatało. Trzeba tylko wrócić w ten tryb wczesnoranny, żeby nic nie umknęło, bo dnia jest coraz mniej. Będzie więcej czasu na pisanie, skoro już coś nababrałam, to może to wyslę wreszcie, do Chimery choćby. 

Im więcej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że struktura mnie mierzi. Że jest w niej coś, co przypomina krótki sznur, na którym sama miałabym dać się prowadzić, a potem mieć wyrzuty sumienia, że zboczyłam z kursu wyznaczonego naprężeniem linki. Nigdy już nie będę nosić w torebce kalendarza, rachować czy coś mi się z praktycznego punktu widzenia przyda i opłaca, zamiast to zrobić tylko dlatego, że jest przyjemne. I że nie będę organizować sobie czasu wolnego, który przecież z definicji jest czasem niezorganizowanym. M. ma rację, to zadziwiające jak można się od siebie różnić. I jak trudno jest przy tym się nawzajem nie oceniać, nie porównywać. To niesamowite jak nieoczywiste i mało odruchowe jest czasem bycie dobrym dla siebie samego. 

"Samotność jest wyborem, osamotnienie to wyrok. Człowiek wybierający samotność jest pogodzony (ze sobą, ze światem, ze sobą w świecie); człowiek skazany na osamotnienie ma w sobie przeszkodę, której nie potrafi przezwyciężyć. Samotnik z wyboru może przestać nim być w każdej chwili; człowiek osamotniony jest bezradny wobec dojmującego poczucia pojedynczości - to brak Drugiego jest jego największym nieszczęściem, ale też nie ma nikogo, kto mógłby mu zastąpić ten brak. W tym sensie poczucie utraty jest najsilniejszym doznaniem, które definiuje człowieka osamotnionego jako melancholika (w pewnym momencie on się z tym brakiem zaprzyjaźnia, on się w tym cierpieniu rozpoznaje, a tym samym blokuje na Drugiego)."

(W. Kuczok "Poza światłem")

 

Czy to możliwe, że samotność jest uzależnieniem?