Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
czwartek, 30 września 2010
And I wouldn't say no to something sweet
I asked my schoolmate Mary to write a letter to me. She was funny and full of life. She liked to run around her empty house without any clothes on, even once she was too old for that. Nothing embarrassed her. I admired that so much, because everything embarrassed me, and that hurt me. She loved to jump on her bed. She jumped on her bed for so many years that one afternoon, while I watched her jump, the seams burst. Feathers filled the small room. Our laughter kept the feathers in the air. I thought about birds. Could they fly if there wasn't someone, somewhere, laughing?

Jonathan Safran Foer Extremely Loud & Incredibly close


Czytam tę książkę jeszcze raz. I mogłabym jeszcze i jeszcze. Nawet zwinięta w kulkę, siedząc na torbie, w przejściu, w pociągu, przykryta ciepłą bluzą, unosząc głowę tylko po to, żeby sprawdzić, jaka to stacja. Wola Filipowska. Jeszcze czas. 

Kursuję. Ch - Krk, Krk - Ch. W Dobrej Cenie albo busem przez Modlniczkę i ul. Żwirki i Wigury. Z Kunderą, Dalim, a teraz z małym Oskarem Schellem. Kupuję książki i gazety. Dużo książek. W ostatnim tygodniu trzy. A nadal nie kupiłam kurtki ani butów mimo, że moje nerki marzną, a trampki przeciekają wołając o pomstę do nieba. Dziś nabyłam Murakamiego, solidnego Murakamiego, cegłę Murakamiego i piękną japońską zakładkę, którą pani w sklepie włożyła do książki tak, że kiedy otworzyłam książkę, żeby obejrzeć zakładkę, pierwsze przeczytane zdanie brzmiało: "Najpierw j e b a n k o, rozmowa potem". I to jest konkret. Ludzie strasznie dużo mówią.
Siedzę we wnęce okiennej w Empiku, z dużą darmową latte (przywilej karty stałego klienta) i czytam absolutnie zajebiste komiksy, uśmiechając się do Pana, który uśmiecha się do mnie, bo śmieję się na głos. Siedzę tam, bo przecisnęłam się między ladą a krawędzią stolika, zrzucając przy tym słownie sześć nakładek na papierowe kubki, ku mojemu lekkiemu zażenowaniu i uciesze rzeczonego Pana, który łapał kubki za moimi plecami. Kawosprzedawczyni podaje małej dziewczynce sok pomarańczowy z lodówki, wraz ze słomką. Mała stwierdza, że sok jest zimny, więc panna Kofeina dolewa jej do butelki ciepłej wody. "Sprawdź, czy nie za ciepłe". "Super!" odpowiada dzieciak odchodząc szczęśliwy w stronę półki z Harrym Potterem. Ot, uroki dnia codziennego.

Rzygam końcem września. Ujot-Srujot, że tak powiem. Widząc dzisiaj roześmianą piegowatą twarz B., poczułam się bardziej zmęczona niż mi się do tej pory wydawało. Początek nowych studiów cieszy mnie o tyle, że spędzę kilkanaście godzin tygodniowo mniej w budynku, w którym na wejściu śmierdzi zupą, woda jest zawsze zimna, a na korytarz drugiego piętra wchodzi się pytając "A państwo za czym stoją?". "Indeksy rzucili" powie ktoś za jakieś dwa tygodnie. Kumpela spotykając mnie kolejny raz pod jakimiś drzwiami zapytała, czy tam mieszkam/koczuję, bo spotykamy się za każdym razem, kiedy ona tam przychodzi. Moja dobra rada w kierunku władz: se nie radzicie, to se kogoś do pomocy zatrudnijcie. Albo przyjmujcie mniej ludzi na studia. Ughhhh.... Podsumowując, autor na dzień dzisiejszy potrzebuje:

1.Duuuuuuuuuuuuuuużo snu.
2. Bezstresowych poranków, kiedy czas tak nie goni a nerwy nie zaciskają żołądka na widok jakiegokolwiek jedzenia poza płatkami z jogurtem.
3. Duuuuuuuuużo dobrej kawy.
4. Ciepłego jedzenia w miłym, nieofensywnym towarzystwie.
5. Spaceru z udziałem tegoż.

Podanie ze zdjęciem muszę złożyć?
wtorek, 14 września 2010
so if you have something to say

i w głowie rozpierdol. 
niedziela, 05 września 2010
and her name was Gina Lollobrigida
Przypomniały mi się tamte kremówki w Czarodzieju na Karmelickiej, jedzone za pomocą beznadziejnie plastikowych łyżeczek, bez sensu. Ślizgały się po całym talerzu, łyżeczka nic nie cięła, można było jedynie upaprać siebie i cały stół. Na pociechę, pierwszego dnia zimy, bo rozpłakałam się na ulicy, bez sensu. Wtedy na Matecznym zaczął padać śnieg. Marzły mi dłonie i uszy, parasol był do niczego. Wiało i sypało. To był piątek. Mój pociąg do domu nie odjechał o czasie, w zasadzie nic wtedy nie trzymało się rozkładu. I miła pani przez megafon wzdychała: 'Pociąg pospieszny do Gdyni jest opóźniony, ech 240 minut. Za opóźnienie przepraszamy jednocześnie informując, iż może ulec zmianie'. I Zakopane mi się przypomniało i zjazd na tyłku z Gubałówki. I Paul McCartney. I gadki na Plantach, w czekaniu na tramwaj prowadzone, i na kolejny, i na kolejny, i o! znów odjechał, będzie następny, bez sensu. I te nuty w antyramie, wiśnie wyszywane, szepty i zgrzyty.  Przy remoncie musiałam przejrzeć wszystkie swoje rzeczy, stare książki ze szkoły, w tym te z hasłami o Wiśniowym Wzgórzu i tym podobnych bzdurach. I zeszyt znalazłam stary, nie wiem nawet czy z maturalnej, może nie.. Lista książek do przeczytania z tyłu na okładce, kawałki, które koniecznie muszę usłyszeć i wszechobecne gupki leśne w kaloszach. Pewnie stąd te sentymentalne wycieczki teraz, nocą.Ależ byliśmy wtedy zajebiści... Nieustraszeni.