Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
piątek, 20 września 2013
Happy being alone.

Warszawa to był dobry pomysł, bardzo dobry. Już prawie zapomniałam jak to jest, śmiać się niemal bez przerwy przez dwa dni, być w miarę zabawną, mieć tajming i pod wpływem trunku podskakiwać pod rękę śpiewając "We're off to see the wizard". A tam przecież dalej jest T., wokół którego jak zwykle gromadzą się ludzie, dobrzy ludzie i który nie do  końca skoordynowanymi ruchami odgania chmury smutku. 

Równowaga jednak musi być, socjalizację trzeba odchorować. I tu trochę buba, bo nie mogę się zaszyć gdzieś, gdzie mnie nikt nie znajdzie, z herbatą, chrupkami i lapkiem. Trzeba z domu wyjść, z ludźmi rozmawiać, a i w domu skryć się nie ma gdzie. Będzie z tego chryja, coś czuję, z tego w sobie się zaszywania, znowu wyjdzie, że jestem okropna i aspołeczna. Do tego z jakiegoś powodu od kilku dni chodzę na nieustającym wkurwie, drażni mnie nawet tik nerwowy pani z apteki. Poniekąd dlatego też unikam interakcji jak mogę, bo i po co żreć się z ludźmi bez żadnego sensownego powodu. Idzie weekend, może zbiję jakiś talerz, wyszoruję coś zawzięcie. To chyba dwubiegunówka jakaś jest, ekstra-introwertyczna i nadeszła faza zaskorupiania. 

środa, 11 września 2013
Tyle deszczu.

Zrobiłam to. Wlazłam do księgarni. Miałam dziesięć minut, nie oddaliłam się nawet o 3 metry od drzwi, a już miałam w rękach Murakamiego w werski ekokieszonkowej i to migotliwe poczucie szczęścia w środku jak wtedy, kiedy jakieś 10 lat temu stałam na środku empiku na rynku i usłyszałam, że na Święta mogę sobie wybrać jedną książkę i przed sobą miałam "Buszującego w zbożu", który był mi potrzebny do olimpiady, a już w żadnej bibliotece na moim zadupiu nie można go było dostać i miotałam się między półkami po to, żeby wyjść stamtąd z "Alchemikiem" (tak, nie pomyliłam się, z "Alchemikiem"). Wylądowaliśmy z Tatą w Lokatorze, który wtedy był jeszcze na Meisselsa, wzięłam herbatę z syropem imbirowym i pomarańczą, przeczytałam pół książki tam, a drugie pół w pociągu wracając do domu. Następnym razem będzie tak dobrze, kiedy dostanę od ciotki cały stos wadliwych książek, które miały iść na przemiał (bo zszyte do góry nogami, źle przycięte strony, podcieknięte klejem na okładce), nikt ich nie chce, ale trafiają do mnie. A potem kiedy w świeżo wymalowanym pokoju podczas przesuwania mebli znajdę "Wyznania gejszy" i przeczytam je całe siedząc wciśnięta we wnękę między biurkiem a regałem, z nogami opartymi o ścianę aż mi całkiem zdrętwieją. Z tym stosikiem na parapecie, pojedynczymi książkami w każdej torbie i plecaku, to będzie dobra jesień.

Powinnam bardziej ufać ludziom. Tak mnie drażni czarnowidztwo, oczekiwanie od świata, że nas zeżre bez przeżuwania, że wykręci nam jakieś przerażające świństwo. I ta bezradność do tego, takie poddanie się i gnuśnienie w tym, co złe, ale znane, bo jak się człowiek ruszy, to nie daj boże, może się coś zmieni na lepsze i będzie trzeba się od nowa przyzwyczajać. A z drugiej strony, widzę jak sama wyhamowuję, jak rezygnuję, jak odkładam na później, żeby czasem mi ktoś nie odmówił, żeby nie musieć tłumaczyć swoich decyzji i bronić swojego zdania, żeby nie wyjść na głupka. A przecież powinnam bronić swojego zdania. Nie muszę tłumaczyć swoich decyzji. I wreszcie, kto powiedział, że ktoś ode mnie tego chce, że będzie jakiś atak, przed którym będę się musiała bronić? Prawda jest taka, że większość ludzi wcale na mnie nie czyha, nie czeka, żeby zalać mnie głupimi pytaniami, zarzutami i pretensjami. Nawet jeśli tak długo działałam z takim podskórnym założeniem, nawet o tym nie wiedząc. 

Jeśli jest coś, czego mogę sobie życzyć na tę jesień, to spokoju. I przekonania, że dobrze robię.