Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
środa, 27 października 2010
here's to now
There’s a lot of things you don’t know, like dog’s dreams. You can sit there and say they’re dreamin’ of chasin’ rabbits, but you don’t know if there’re rabbits in there, and you can’t damn well ask him now can you?

Ból głowy. Nie jest porażający, raczej przypomina o tym, że ją w ogóle mam. Że ten ostatni Kasztelan i sms to nie był dobry pomysł. Ponad dwumiesięczny deficyt snu, głowa napełniona aż po brzegi dźwiękami, słowami, obrazami. Ciężka. Powieki kleją się. I bezczasowe światło słoneczne, które przebija się przez pożółkłe liście. M. może mieć rację. Światło teraz jest dziwnie miękkie, świeże, półprzezroczyste.
  Droga do Wrocławia: spóźniony pociąg dwupiętrowy, 4h z nosem w książce i butelką coli pod pachą, urwany podłokietnik (bo przecież muszę coś zepsuć, nie da się bez wyrwanych śrubek i żenująco głośnego dźwięku upierdolonej własności kolei państwowych). Dwa dni później, na przejściu dla pieszych przy ul. Kazimierza Wielkiego, zaczepia mnie facet, który rozpoznał mnie w kinie i jest tym samym facetem, co do którego miałam nadzieję, że nie zauważył tego skromnego aktu wandalizmu siedząc w pociągu na miejscu obok.14 filmów. Naprawdę dobre może ze cztery. Kilka całkiem niezłych. Reszta szit. A może zmęczenie nie pozwoliło ich docenić. Może nawet po trzeciej kawie wybebeszanie sarny i obdzieranie jej ze skóry to nie jest to, co jestem w stanie zdzierżyć, mimo wszelkich walorów artystycznych. Albo para dziwnych ludzi o nieokreślonej płci, długich czerwonych włosach i złotych zębach, w skórzanych szpilkach i lateksie, która upodabnia się do siebie nawzajem za pomocą operacji plastycznych. A to wszystko z pierwszego rzędu, bo spóźniłam się na seans. Mogłam darować sobie przynajmniej połowę, powłóczyć się po mieście, skoro jakimś cudem słońce wzięło je pod opiekę. A tak cały dzień w kinie, dupsko boli, między seansami czas na jedzenie i sikanie. Więcej tego nie zrobię.

W Henrykowie po staremu. Gotowana kiełbasa z musztardą, chleb z żółtym serem, fusiasta, mocna kawa i wódka weselna. I opowieści o nieprawych dzieciach księży, morderstwach, strzygach, weselach i pogrzebach. Wujek kuśtykający z jednego pokoju do drugiego, ciocia z kolejnym talerzem rosołku. 

Dziewczęta poważnieją, przeglądają katalogi ślubne, szukają fotografa. Kolumbijski Grajek zapuścił wąsy, wyśmiałam go bezczelnie, pytając o tortillę z fasolą po to tylko, żeby dojść do wniosku przy drugim piwie, że całkiem mu do twarzy. Może rzeczywiście wygląda jak Johnny Depp. Meksykański. 

Całą drogę z Breslau przesiedziałam w Warsie. Tak, przyznaję, chociaż to irytujące, J. miał rację. Zero ścian, 4 ogromne okna, zachód jak w mordę strzelił, miodzio. Niezła kawa i pysznościowe ciacho z bitą śmietaną podane przez miłą panią ze Stargardu Szczecińskiego. Przy stoliku chłopak, któremu przeszkadza hałas, stać go na laptopa i mobilny internet, ale nie jest pewien czy jest sens ładować w to pieniądze, studiuje prawo, którego nie znosi, żeby zus nie zabrał mu renty. I prosi mnie o recenzję filmów, które kuzyn mu polecił.

Za nami dwie gówniary i szczyl. Rozprawiają o kosztach samodzielnego utrzymania się, które nie są przecież takie wysokie (sic!), o tym, że jajka kosztują przecież tylko 10gr za sztukę (sic!!), do tego jakaś niedroga wędlina, chleb, "stara zapakuje coś w słoikach" i można żyć (sic!!!) i o tym, że to bez sensu, że małżeństwo policjantów dostaje tylko jedno mieszkanie służbowe, bo przecież powinno się liczyć jednostki. Oj, starzeję się. 

Nadal Murakami. Najtwardszy piętnastolatek na świecie mi się śni, siedzący w bibliotece. Idiotyczne spotkania, zaburzenia czasoprzestrzeni, wstrzymania rzeczywistości. Może naprawdę wiem o ludziach tyle, co o psich snach.