Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
wtorek, 14 stycznia 2014
Wystudzanie.

Jak pisać o zlewających się w jedno dniach? Chyba nie o taki święty spokój mi chodziło, ten ma tę dziwną cechę, że jest jakoś mdły i nudny. W letarg jakiś popadłam dziwny, snując się pomiędzy dniami, od czasu do czasu potykając się o coś bardziej znaczącego. Święta przeszły jakoś obok, okazjonalnie zauważona choinka blokująca drzwi od balkonu. Sylwester na imprezie w tym samym bloku, z samymi parami, więc trochę też jak przez szybę. Ciężko być bardziej obok. Żadnych postanowień, nowych początków i takich tam, sprzątania w szafach, to już chyba bardziej w ludziach. Raczej gładkie przejście i nawet nie bardzo ogarniam, że to już nowy rok. Że za chwilę skończę 27 lat. Ja naprawdę myślałam jakieś 10 lat temu, że będę jakaś bardziej.. No właśnie. Jakaś bardziej. Że mój świat będzie większy. Może to o to chodzi, podobno czas wydaje się płynąć tak szybko, bo jeden dzień nie różni się specjalnie od drugiego. Może takie powinnam mieć postanowienie, żeby codziennie zrobić jedną rzecz, która ma znaczenie. Żeby nie być Simsem. 

 

Narazie chciałabym trochę tlenu. Kraków śmierdzi, nie ma się co oszukiwać, a ja bym chciała bardzo sobie pooddychać gdzieś.  Skupić się jakoś w sobie, pozagarniać te rozmazane po podłodze kawałeczki i ulepić jakiś konkret osobowościowy. Wyprowadzić go gdzieś na spacer. Wziąć i się wzruszyć. Ja wiem, że to brzmi jak przesyt i zblazowanie jakieś apatyczne, ale dawno nie miałam w głowie rozgrzanego, wszystko jakieś letnie. Chodzi mi po głowie obejrzane The Spectacular Now. Może stąd jakieś takie marudzenie, może tak się będę starzeć właśnie, będę powoli stygnąć. Czas włączyć grzałkę.

niedziela, 01 grudnia 2013
A przecież można się obejść...

Zagalopowałam się chyba trochę. Wydawało mi się, że taka jestem fantastyczna, tak sobie ze wszystkim świetnie poradzę, przecież doba ma tak dużo godzin. A tu z września zrobił się grudzień, tyle rzeczy jeszcze nietkniętych, a w kolejce czekają następne. Sen jakiś płytki, żarcie byle jakie. Zaczynam gubić rzeczy, zapominać, przypalać garnki. Przede wszystkim zapomniałam chyba, że ciało to nie tylko środek transportu dla głowy. Że cokolwiek ta głowa nie wymyśli, ciało zawsze może powiedzieć nie. Jestem zmęczona. Bolą mnie różne rzeczy, które boleć nie powinny. I nie mam czasu. Najwyższa pora pomyśleć chyba o zmianie pracy. Jeżeli to wszystko ma się jakoś udać, jeśli mam jakoś przeżyć nowe studia i się nie wykończyć. Jeżeli mam wyjść z nory do kogokolwiek Bez poświęcania jedzenia i snu. Idzie zima, będzie nowe. Oby dobre.

 

piątek, 20 września 2013
Happy being alone.

Warszawa to był dobry pomysł, bardzo dobry. Już prawie zapomniałam jak to jest, śmiać się niemal bez przerwy przez dwa dni, być w miarę zabawną, mieć tajming i pod wpływem trunku podskakiwać pod rękę śpiewając "We're off to see the wizard". A tam przecież dalej jest T., wokół którego jak zwykle gromadzą się ludzie, dobrzy ludzie i który nie do  końca skoordynowanymi ruchami odgania chmury smutku. 

Równowaga jednak musi być, socjalizację trzeba odchorować. I tu trochę buba, bo nie mogę się zaszyć gdzieś, gdzie mnie nikt nie znajdzie, z herbatą, chrupkami i lapkiem. Trzeba z domu wyjść, z ludźmi rozmawiać, a i w domu skryć się nie ma gdzie. Będzie z tego chryja, coś czuję, z tego w sobie się zaszywania, znowu wyjdzie, że jestem okropna i aspołeczna. Do tego z jakiegoś powodu od kilku dni chodzę na nieustającym wkurwie, drażni mnie nawet tik nerwowy pani z apteki. Poniekąd dlatego też unikam interakcji jak mogę, bo i po co żreć się z ludźmi bez żadnego sensownego powodu. Idzie weekend, może zbiję jakiś talerz, wyszoruję coś zawzięcie. To chyba dwubiegunówka jakaś jest, ekstra-introwertyczna i nadeszła faza zaskorupiania. 

środa, 11 września 2013
Tyle deszczu.

Zrobiłam to. Wlazłam do księgarni. Miałam dziesięć minut, nie oddaliłam się nawet o 3 metry od drzwi, a już miałam w rękach Murakamiego w werski ekokieszonkowej i to migotliwe poczucie szczęścia w środku jak wtedy, kiedy jakieś 10 lat temu stałam na środku empiku na rynku i usłyszałam, że na Święta mogę sobie wybrać jedną książkę i przed sobą miałam "Buszującego w zbożu", który był mi potrzebny do olimpiady, a już w żadnej bibliotece na moim zadupiu nie można go było dostać i miotałam się między półkami po to, żeby wyjść stamtąd z "Alchemikiem" (tak, nie pomyliłam się, z "Alchemikiem"). Wylądowaliśmy z Tatą w Lokatorze, który wtedy był jeszcze na Meisselsa, wzięłam herbatę z syropem imbirowym i pomarańczą, przeczytałam pół książki tam, a drugie pół w pociągu wracając do domu. Następnym razem będzie tak dobrze, kiedy dostanę od ciotki cały stos wadliwych książek, które miały iść na przemiał (bo zszyte do góry nogami, źle przycięte strony, podcieknięte klejem na okładce), nikt ich nie chce, ale trafiają do mnie. A potem kiedy w świeżo wymalowanym pokoju podczas przesuwania mebli znajdę "Wyznania gejszy" i przeczytam je całe siedząc wciśnięta we wnękę między biurkiem a regałem, z nogami opartymi o ścianę aż mi całkiem zdrętwieją. Z tym stosikiem na parapecie, pojedynczymi książkami w każdej torbie i plecaku, to będzie dobra jesień.

Powinnam bardziej ufać ludziom. Tak mnie drażni czarnowidztwo, oczekiwanie od świata, że nas zeżre bez przeżuwania, że wykręci nam jakieś przerażające świństwo. I ta bezradność do tego, takie poddanie się i gnuśnienie w tym, co złe, ale znane, bo jak się człowiek ruszy, to nie daj boże, może się coś zmieni na lepsze i będzie trzeba się od nowa przyzwyczajać. A z drugiej strony, widzę jak sama wyhamowuję, jak rezygnuję, jak odkładam na później, żeby czasem mi ktoś nie odmówił, żeby nie musieć tłumaczyć swoich decyzji i bronić swojego zdania, żeby nie wyjść na głupka. A przecież powinnam bronić swojego zdania. Nie muszę tłumaczyć swoich decyzji. I wreszcie, kto powiedział, że ktoś ode mnie tego chce, że będzie jakiś atak, przed którym będę się musiała bronić? Prawda jest taka, że większość ludzi wcale na mnie nie czyha, nie czeka, żeby zalać mnie głupimi pytaniami, zarzutami i pretensjami. Nawet jeśli tak długo działałam z takim podskórnym założeniem, nawet o tym nie wiedząc. 

Jeśli jest coś, czego mogę sobie życzyć na tę jesień, to spokoju. I przekonania, że dobrze robię.

piątek, 23 sierpnia 2013
Cienką podeszwą po kamieniach.

Za pieniądze na Coke'a kupiłam Kuczoka i listy Kerouaca i Ginsberga. Możliwe wnioski są dwojakiego rodzaju: jestem kompletnie aspołeczna i głucha na nowoczesne trendy, albo nieświadomie weszłam na wyższy poziom hipsterstwa, którym w jakimś sensie gardzę. Żeby się jarać designem książek dla dzieci  i tym, że na Kazimierzu rosną drzewa...

Został mi jakiś tydzień wolnego. Naczytałam się, wlazłam na górę, uciekłam przed hałasem pod szałas pasterski, zachwyciłam się chłopcem w stroju ludowym i tym charakterystycznym szumem w koronach drzew, zapachem żywicy. Spiekłam się i zmarzłam, usta mi spierzchły, ale tak dobrze mi się szło, w tych starych portkach po bracie, z nogawkami uciętymi nożem. Tak, jak myślałam, włosy krótkie potargane, kolana rozstawione szeroko i bez elegancji, podrapane łydki. Jeszcze trochę, a zacznę nosić w kieszeni scyzoryk. Noce są wreszcie zimne, duchoty coraz mniej, idzie ta dobra pora roku, która daje ulgę, szumi i trzeszczy. Ta pora, kiedy mam wciąż zziębnięte ręce, ale lżej się oddycha. Ludzie będą jojczeć jak zwykle, że zimno, a ja będę wciągać ten chłód w płuca, krążyć między drzewami aż poczuję palcami zimny czubek własnego nosa. Jutro rano jadę marznąć gdzie indziej, będą wierzby i cukrówki, lisy i ćmy, babcia będzie opowiadać o tym, jak się kiedyś z wikliny kosze wyplatało. Trzeba tylko wrócić w ten tryb wczesnoranny, żeby nic nie umknęło, bo dnia jest coraz mniej. Będzie więcej czasu na pisanie, skoro już coś nababrałam, to może to wyslę wreszcie, do Chimery choćby. 

Im więcej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że struktura mnie mierzi. Że jest w niej coś, co przypomina krótki sznur, na którym sama miałabym dać się prowadzić, a potem mieć wyrzuty sumienia, że zboczyłam z kursu wyznaczonego naprężeniem linki. Nigdy już nie będę nosić w torebce kalendarza, rachować czy coś mi się z praktycznego punktu widzenia przyda i opłaca, zamiast to zrobić tylko dlatego, że jest przyjemne. I że nie będę organizować sobie czasu wolnego, który przecież z definicji jest czasem niezorganizowanym. M. ma rację, to zadziwiające jak można się od siebie różnić. I jak trudno jest przy tym się nawzajem nie oceniać, nie porównywać. To niesamowite jak nieoczywiste i mało odruchowe jest czasem bycie dobrym dla siebie samego. 

"Samotność jest wyborem, osamotnienie to wyrok. Człowiek wybierający samotność jest pogodzony (ze sobą, ze światem, ze sobą w świecie); człowiek skazany na osamotnienie ma w sobie przeszkodę, której nie potrafi przezwyciężyć. Samotnik z wyboru może przestać nim być w każdej chwili; człowiek osamotniony jest bezradny wobec dojmującego poczucia pojedynczości - to brak Drugiego jest jego największym nieszczęściem, ale też nie ma nikogo, kto mógłby mu zastąpić ten brak. W tym sensie poczucie utraty jest najsilniejszym doznaniem, które definiuje człowieka osamotnionego jako melancholika (w pewnym momencie on się z tym brakiem zaprzyjaźnia, on się w tym cierpieniu rozpoznaje, a tym samym blokuje na Drugiego)."

(W. Kuczok "Poza światłem")

 

Czy to możliwe, że samotność jest uzależnieniem?

wtorek, 30 lipca 2013
Będzie.

Jeszcze 3 dni i urlop. Cały miesiąc. Sen, normalne jedzenie i książki. Lista rzeczy do przeczytania rośnie, nie mam pieniędzy na wszystko, co chciałabym połknąć, a w bibliotekach tego nie ma. Będzie trzeba kombinować. Przyzwyczaiłam się do pieszych powrotów i włóczenia się, te upały zamykają mnie w domu na większość dnia, więc wieczorami mnie nosi. A w sierpniu będzie wreszcie miało gdzie nieść. Boże, jak ja wreszcie rozprostuję kości, rozciągnę zastane mięśnie. Tyle będzie kawy z rana. 

Zbiera się to do kupy wreszcie jakoś, wracam na studia, złapałam staż, jest szansa, że się wreszcie przeprowadzę. Wyjmę rzeczy z pudeł, rozmontuję te stosiki z książek i gazet, których nie mam gdzie upchać.  Pierwsze, co zrobię, to zapakuję regał. Zaraz potem szafę, może dwie, byleby wreszcie przestać trzymać ciuchy w torbach i plecakach. Sprawdzę łóżko, mój kręgosłup mnie ukocha za dobry materac i ludzką poduszkę. I zamknę drzwi. 

Wyjęłam z toreb sukienki, w końcu lato, a nogi mam nie brzydsze niż większość lasek noszących szorty krótsze niż ich wagina. Nie mam piegów, ale i na to przyjdzie czas. Na piegi, arbuza i może 'Grę w klasy'. Nie, na kryminał, zdecydowanie. Dzień zaczyna się wcześnie, bo ta pierwsza kawa jednak najlepsza i mózg jakiś świeży jak już się z posennego otępienia otrzęsie. Pochłaniam. Słucham 'Źródeł' i jeżdżę czując zapach rozgrzanej gumy, siana i ludzi. Spać. 

poniedziałek, 03 czerwca 2013
Czy to miłość już jest?

Tyle pracy, tak mało snu. Rano festiwal, potem praca do wieczora, w nocy teksty, tłumaczenia. Dopiero wczoraj chwila oddechu. Ale wszystko jakoś dobrze, jak już przestanę się tak starać za bardzo, przestanę się bać nie wiadomo czego, to wszystko jakoś łatwiej idzie. I wreszcie jakieś zaczątki tego poczucia, że jestem na swoim miejscu. Że tego właśnie chciałam. 

Master Class z Paulem Driessenem, filmy o kubańskich starcach, niemieckich właścicielach pseudokina porno, chłopcu, który chciał stać się osłem. Niemal na koniec Ginger Baker, skończony dupek i oszołom, wcielony diabeł i najbardziej odjechany perkusista świata.

A po tym wszystkim pełna sala Pod Baranami i jakaś kobieta, która dostała bilet na "MIŁOŚĆ" w prezencie i po prostu mi go daje, a ja patrzę na nagrania Możdżera, jak był młody i niewinny, na Trzaskę bez skorupki i cieszę się jak głupek i już nie mogę, a potem wchodzi Ryszard "Tymon" Tymański z tym włosem, z tym basem, z tym mózgiem, który bym zwyczajnie zjadła i o-matko-kochana, jaki to jest fantastycznie piękny mężczyzna... Jak ja bym ocipiała na jego punkcie, gdybym nie urodziła się w '87, tylko miała jakieś 20 lat wtedy, oszalałabym.

 



 

Wychodzę na Rynek, jest jeszcze jasno, pod Sukiennicami grają bluesa, słońce odbija się czerwono w oknach. Na Karmelickiej gadam o jazzie i pieniądzach z facetem, który robi mi gofra z owocami, zostawiam mu tytuły kawałków wysmarowane na kartce wyrwanej z programu festiwalu, kawałków, których powinien posłuchać. I w tym słońcu, po deszczu, w cieple, z Dave'em Brubeckiem w uszach i bujającą perkusją idę z buta do domu. Najlepszy dzień. Zwyczajnie najlepszy. 

 

 



czwartek, 23 maja 2013
I feel thin, sort of stretched, like butter scraped over too much bread.

To dziwne, uświadomić sobie, że najbardziej adekwatne określenie stanu, w którym się znajduję, padło u Tolkiena. Jestem rozciągnięta, naderwana. Mam deficyt snu i czasu. Cały dzień jadłam, jakbym się bała, że nadejdzie wkrótce czas przemożnego głodu. Stoję pod strumieniem gorącej wody dziesięć minut, a po wyjściu mam wrażenie, jakbym tam spędziła przynajmniej godzinę.

Jak mówił Chappelle nic wielkiego się nie stało na slamie, przeczytałam jedną rzecz i żyję, chociaż znajoma pikawa dała o sobie znać. Za to po była wiśniówka i tlen nad Wisłą i cała ta noc, która wyskrobała ze mnie jakieś kosmiczne pokłady bezbronnej czułości. Skończyło się na tym uczuciu, które mam zaraz po tym, kiedy się potknę czy poślizgnę. Mimo, że udaje mi się jakoś złapać równowagę, zostaje ten lekki szum w uszach i niepewność kolan, ta dezorientacja błędnika. I gdzieś podskórnie zadawane pytanie o to, czy naprawdę chcę to czuć częściej.

Chciałabym bardzo, żeby puściło napięcie. Czasem marzę wprost o tym, żeby wszystkim wkoło mówić tylko prawdę, żeby mieć to za sobą i poczuć może ulgę, mieć to w dupie. I żeby ze mną się tak nie cackali, nie wciskali mi kitu. Chcę jechać na miesiąc na wieś, codziennie rano wygrzebywać się spod pierzyn, wychodzić na schody przed domem przeciągając się w tym idiotycznym podkoszulku z myszką miki, zalewać sobie kawę i poczuć, że wszystko jakoś dzieje się samo, bez wiecznego opanowywania. Odłączyć telefon i czytać książki w pociągach. 

Chcę się włóczyć.

poniedziałek, 01 kwietnia 2013
Your mother wanted more than that.

Czytam Bargielską, Koftę i Ensler naraz. Jak o tym pomyśleć, to wychodzi dosyć feministycznie. No i Woolf. Gdzieś mi ta Ensler trafia w jakiś rozżarzony punkt, w coś czule schowanego. 

Dużo myślę o J., nie wiem właściwie dlaczego. Prędzej czy później i na jego temat ktoś mi przekaże nieśmiało niusa, z miną przepraszającą i tym klasycznym: "Nie wiem czy powinnam (bo to na pewno powie mi kobieta, no więc..) nie wiem czy powinnam Ci to mówić"... To w sumie głupie, ale czasem myślę, że ulżyłoby mi, gdyby wiedział, gdybym mu powiedziała. Ulżyłoby mi, gdyby powiedział coś o tym, co mi teraz chodzi po głowie. Chociaż to na swój sposób przerażające, że nadal tak bardzo mnie obchodzi, co by powiedział... Może dlatego, że wtedy gdzieś byłam najbliżej poczucia, że ktoś mnie rozumie, tak od ściany do ściany i przyjmuje z otwartymi ramionami całą. I chyba to mnie tak spłoszyło.

Przegadałam wczoraj cały wieczór i wyszło na to, że jedyne, co mi pozostało, to dystans i izolacja. Że pewnych rzeczy nie ruszę, nie zmienię i nie przeskoczę, muszę się po prostu odciąć i w ten sposób uwolnić. Wyszło na to, że to nie jest takie ważne czy mam ten mgr czy nie, skoro to nie jest to. Filmów o miłości oglądać nie mogę, znajomości mi nie żal, a tych co żal.. Te, które mają zostać - zostaną. Nie mogę siedzieć i czekać, aż się samo weźmie i odmieni. Praca mi brzydnie. To miejsce mi brzydnie, miejsce, w którym dla mnie nie ma miejsca. Tylko czy ja chcę mieszkać w Łodzi?

niedziela, 17 marca 2013
Have love, will travel.

W następny weekend wreszcie się wyśpię. Jak się zastanowić, to brzmi to żałośnie i niezdrowo bardzo, planować dobry sen dopiero za tydzień, dwa tygodnie, miesiąc. Ale jakoś się nie składało. A tak, pojadę na wieś, zmarznę, zmęczę się normalnym, ludzkim zmęczeniem i zasnę wśród wszystkich trzasków i szurań, kotów, psów, kawy i placków. 

Pochłaniam książki, wpadły mi w ręce dzienniki Krystyny Kofty za jakieś śmieszne pieniądze, więc czytam i zakreślam, chociaż gdzieś czytałam, że to książka słaba i nieprawdziwa i w ogóle be. A jakoś pierwsze sto stron poszło szybciochem, pokreślałam, jak zwykle, w różnych miejscach, pozaginałam rogi. Słucham Neila DeGrasse'a Tysona, Mariny Abramovic, która choć trochę zgrzyta i momentami wydaje się być wyniosła, robi ze mną coś i nie daje odłączyć się od komputera zupełnie. 

Opitoliłam głowę na krótko, przeczesuję palcami odruchowo, bo jeszcze nie mogę się przyzwyczaić, ale jest zmiana, jest lżej, jest dobrze. Nie wyglądam jak Halle Berry, właściwie byłam prawie pewna, że to spontaniczne strzyżenie zrobi ze mnie kobietę niewidzialną, stworzenie jakieś takie bezpłciowe, po którym wzrok cudzy przepływa bez dłuższego zatrzymania. A jednak w autobusie nr 144 przyłapałam chłopię. Młode bardzo, na pewno młodsze ode mnie (pieprzę jak emerytka), ale z przyjemną aparycją, uśmiechało się trochę zaczepnie a trochę nieśmiało. Zaznaczmy, że zakutana byłam w kurtki, szale, czapki i chusty góralskie, a w ręce dzierżyłam niewygodną siatę z mlekiem i mrożonkami. Czapkę zdjęłam. Myślę: "No, Kochany.. Zobaczymy jak będziesz teraz śpiewał!". A chłopię nic. Uśmiechnęło się szerzej i zerkało raz po raz spod tej harmonijki gumiastej na przegubie, co to nigdy nie wiem jak się nazywa, a stoi się niewygodnie, bo się obraca na każdym zakręcie. No cóż poradzić, uśmiechnęłam się też, uśmiechałam się właściwie całą drogę ignorując wrzynającą mi się w palce reklamówkę i powolną utratę czucia w opuszkach. A ten pomachał! Na wychodnym, podrapał się za uchem i pomachał. Tak się robi dzień, drodzy Państwo, próżnością! Sprawunki wyraźnie tracą na wadze jak się takie chłopię uśmiechnie. Podeszwy się robią miększe też, bardziej sprężyste. Kolory bardziej kontrastowe. No dobra rzecz, dobra, takie obserwacje w transporcie publicznym.

Z rzeczy innych, czas się zacząć traktować poważnie. Przechorowana zima, zły sen i zawroty głowy to nie jest to. Z bólem kręgosłupa też wolałabym poczekać jeszcze z 10 lat przynajmniej. Rozciągam więc kości zbolałe i mięśnie, popycham jabłkiem owsiankę z miodem, szukam pozycji do spania. Trzeba zacząć siebie trochę głaskać, nie tylko intelektualnie, bo ciało się buntuje. Twardnieje pod łopatką prawą, trzeszczy w kostkach. Rozgniatam więc palcami, kręcę stopami kółka krzywiąc się lekko na ten straszny dźwięk znany z filmów z Jackiem Chanem, ostrzeżenie audio przed osteoporozą. Mniej czasu bezsensownie spędzanego przed monitorem, mniej spiny. Ustawianie granic. Żeby nie zostać wbrew własnej woli zastępczą żoną i matką, żeby nie wpychać się sztucznie w role, które nie są dla mnie przeznaczone. Trochę się łokciami rozepchać. Idzie wiosna. 

 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11