Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
poniedziałek, 25 lutego 2013
Mówię nie, gdy myślę nie.

Jeśli zaczynam sobie szukać seriali do oglądania to znaczy, że nie jest dobrze. Ta maszyna pożera koszmarną ilość czasu, którą mogłabym przecież spędzić choćby w empikowej wnęce okiennej z herbatą i książką. O tej porze mogłabym po prostu spać. Zaczynam znowu kurs hiszpańskiego w tym tygodniu, będzie powód do tego, żeby wcześniej wstać i uruchomić mózg. Muszę znaleźć sobie jakieś bardziej kreatywne zajęcie. Przemóc te blokady zimowe, skruszyć mur.

Czuję rosnący ludziowstręt, to charakterystyczne uczucie, kiedy marzę, żeby zostawili mnie w spokoju. Wracam z pracy wieczorem i myślę tylko o tym, że nie mam gdzie się schować, nie mam drzwi, które mogłabym zamknąć, zakopać się w jaskini jak mówimy z D. Jedyne, co pozostaje, to wyglądać na zmęczoną (co po dniu w pracy trudne nie jest), sugestywnie wziąć prysznic, ubrać piżamę i liczyć na szybkie efekty.

M. stęka i jęczy, nie wiem nawet do końca czego szuka, ale ja nie mogę jej tego dać. W. łasi się do mnie, kombinuje, próbuje wedrzeć się w to, co jest tylko moje. Jestem zmęczona. Może muszę po prostu wyjechać gdzieś na chwilę, zrestartować empatię i umiejętności społeczne. Już nawet na cholernym fb nie można się pojawić na sekundę tak, żeby nikt nie zauważył, zaraz wiadomości, prośby o rozmowę na skype, czego nie znoszę. I niemal zawsze od tych, co nie trzeba. A ci co trzeba odzywają się nocą, kiedy ledwo mam siłę wciskać te klawisze. Zrzędzę, wiem. Przesilenie jakieś czy coś, mogłaby już być wiosna, chcę wreszcie usiąść na Plantach. 

Narazie zbieram książki na parapecie, odhaczam przeczytane i żyję myślą, że szefowa planowała wyjazd w marcu. Jeśli nie wymyśli nic cudacznego, może zyskam kilka dni, żeby jechać w góry albo wyspać się na wiosze. Niedługo ten kosmos domowy się skończy, mini oddział psychiatryczny zostanie zamknięty i będzie można w spokoju nie przyjeżdżać do domu na weekend bez pretensji i, co właściwie dotkliwsze, bez samodzielnie formowanych wyrzutów sumienia. Może rozmowy z D. rzeczywiście działają terapeutycznie, uruchamiają jakiś bazowy zdrowy rozsądek. Może rzeczywiście najwyższa pora zrobić coś dla siebie.

 



poniedziałek, 21 stycznia 2013
'Cause I was real quiet when I closed the door.

Bardzo chciałabym przestać już słuchać Smithsów. To męczy i ma w sobie coś z masochizmu. Żeby móc się torturować smutnymi piosenkami trzeba mieć gdzie płakać, szlochanie w szalik w środkach publicznego transportu jakoś nie działa. Chciałabym przestać się po cichutku wycofywać, zgadzać się potulnie na to, że jest chujowo. Wylać cały żal i złość na kogoś nawet, jeśli nie mam racji choćby po to, żeby się od nich uwolnić, zamiast szczerzyć się głupio i ryzykować, że prędzej czy później coś mi się wymsknie, po drinku czy dwóch zachce mi się nagle powiedzieć, jak jest naprawdę. Być czasem nawet nieco nachalna, ale nie czekać bezsensownie aż się zorientują, że im mnie brak. Bo zazwyczaj się nie orientują.

M. mi się rozpada, a ja nie wiem jak jej pomóc, chociaż widzę, że rozpaczliwie tej pomocy u mnie szuka. Bezradność bywa obrzydliwa. 

Z dobrych rzeczy odzyskuję powoli czas na czytanie, na listy i nocne gadanie. E. złożył papiery na Transatlantic Studies na UJ. Jeśli się dostanie, to będzie chyba jedyny powód, żebym nie wyjeżdżała na wolontariat do Rumunii czy gdziekolwiek indziej właściwie. Jedyny powód, żeby myśleć o powrocie na studia. Żeby pójść na slam. Muszę znaleźć sobie miejsce na książki, uwić gniazdo gdziekolwiek, żeby poczuć grunt, od którego będzie się można odbić.

poniedziałek, 07 stycznia 2013
Sing me to sleep.

Poodcinało mi sznurki. Korzonki. Dryfuję znowu bezdomnie. Mentalny splot słoneczny boli bólem tępym, ale nieustającym. Od czasu do czasu ktoś wsadzi tam śrubokręt, pogrzebie, wydłubie kiszkę czy dwie i podstawia mi ją pod nos, wsmarowuje gdzie trzeba, żebym czasem nie zapomniała, że mam tam dziurę. Najbardziej przerażające jest to, że idzie się przyzwyczaić. Żadna dziura nie jest już zaskakująca, właściwie rutynowa procedura post-dziurowa nadal ma zastosowanie, a fakt, że nie wymaga specjalnych zmian jest jakoś potwornie męczący. To już wszystko było. Inaczej, bo płycej, z początku tylko lekka rana cięta, jakieś draśnięcie śledziony mini-otwór w żołądku. Teraz jest jakby konkretniej, zadziornie, szarpane, bliżej kręgosłupa. A jednak to wszystko już było. Ale podobno tylko wariaci robią w kółko to samo, oczekując innego rezultatu. Wychodzi więc na to, że oszalałam. 

Wyplułam się ze złości chyba. Wykręciłam porządnie, przeciągnęłam przez jadową wyżymaczkę, zostało tylko się uśmiechać aż zdrętwieje mi żuchwa i wszystko inne, w czym jeszcze mam jakieś czucie. 

Postanowienie na Nowy Rok to złapać się czegoś, zanim wszystkie baloniki mi odfruną.

 



poniedziałek, 10 grudnia 2012
Kropka.

W szafce pół kilo Nutelli, na playliście same smutne piosenki, w poczekalni filmy z Marylin Monroe i Marlonem Brando. Poddaję się, kurwa, jestem upośledzona emocjonalnie i nie nadaję się do kochania najwyraźniej, gdzieś po drodze popełniam błąd, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie może mi wybaczyć. I jestem tchórzem jakich mało. I tak, użalam się nad sobą i mam zamiar to robić przynajmniej przez kilka dni. Przekaz na dziś jest prosty i raczej antyspołeczny, a brzmi on: "wypierdalać".

 



czwartek, 08 listopada 2012
Zabrało mi kości dziś.

 Może to z braku snu, z jakiegoś kosmicznego wahania hormonów, może po prostu nie powinnam oglądać takich rzeczy więcej ani odbierać porannych telefonów interwencyjnych. Ale coś pękło i zgięło mnie w pół nad miską z parującym makaronem. Zagięło kark i podcięło nogi, wbiło w kąt szafek kuchennych. Dźwięk uderzającego o płytki widelca, minuta, może dwie niemego rozpierdolu na bezdechu z kolanami pod brodą, kiedy żebra niemal zapadają się w głąb, a zęby zaciskają się na palcach. Potem wstać, umyć twarz zimną wodą zanim spuchnie, zetrzeć i wytrzeć, co zostało i wyjść z domu. Tylko po to, żeby resztę dnia spędzić bez szkieletu, bo pion boli, siedząc na podłodze jak marionetka, której ktoś uciął sznurki, ze zwieszoną głową, zamykającymi się ze zmęczenia powiekami, bezładnie wywalonymi przed siebie nogami, które od siedzenia powoli cierpną. Wyłabym, gdyby mi nie zabrało głosu, a tak snuję się jak zbity pies i marzę o tym, żeby się wyspać. 

niedziela, 21 października 2012
You're just an empty cage, girl, if you kill the bird.

Rozjebało mnie. Rozjebało kompletnie. Słuchałam tego kawałka leżąc na wznak, otwierając usta i biorąc wdech, żeby wykrztusić z siebie co było do wykrztuszenia. Zamykałam je z głośnym westchnieniem i ostatecznie nie mówiłam nic. Gapiłam się na te cholerne lampki, które zostawiły na suficie czarne ślady od żaru, pocierałam lewą stopą palce stopy prawej i myślałam o tym, że nic się nie zmieni, jeśli nie zapytam, że nie ma sensu pytać, bo przepadło i że jestem skończonym tchórzem. Jednocześnie. A potem usłyszałam: "You're just an empty cage, girl, if you kill the bird" i miałam nadzieję, że piosenka szybko się skończy, bo zachciało mi się płakać. Żałość w chu.

 



środa, 03 października 2012
Najwyżej.

Czuję, że mam w rękach coś bardzo kruchego. Jest delikatne, ale parzy mi palce i bez przerwy boję się, że to upuszczę. 

Nie bronię się teraz. Sama się w to wplątałam, więc sama się wyplączę, prędzej czy później. Zostaje tylko kilka żenujących rozmów, które sprowadzają się do tego, że ktoś jest w taki czy inny sposób rozczarowany. Ale tego nie uniknę. Mogę tylko kawałek po kawałku ogarniać bajzel, którego się dorobiłam, minimalizując straty. 

Wystawiam miękkie do świata, czasem coś kopnie i właściwie nie wiem, czy nie pożałuję tego niedługo. Nie wiem, czy nie wyobraziłam sobie jakiejś lepszej wersji rzeczywistości niepotrzebnie. Takiej, w której nie jestem żebrającym o uwagę ludzi zakompleksionym tchórzem, w której ten tchórz nie wyłącza telefonu niespodziewanie i nie jedzie w góry w pizdu tylko dlatego, że ma odruch wymiotny na dźwięk dzwonka. Możliwe jest, że mi się tylko wydawało, a plecak spakuje się sam. Właściwie fakt, że nie schowałam go do szafy, sam w sobie ma znaczenie. Że mam na regale tylko 4 książki, jeden jogurt w lodówce, że śpię na sofie, która po złożeniu nijak nie zdradza, że ktoś na niej sypia. Korci bardzo, żeby wiać, nie dopowiadać, nie sprawdzać, nie naprężać się czekając. Ale jakoś ciągle wracam po więcej.



środa, 29 sierpnia 2012
Magiczne kliknięcie.

W dzisiejszym odcinku z serii "Krok po kroku": wyjście z łazienki z rozwalonym zamkiem w mieszkaniu, w którym oprócz Ciebie jest tylko dwójka małych, śpiących, nie mówiących po polsku dzieci:

 1. Nie panikujemy. Jesteśmy w łazience. Tutaj MUSI być coś, czym można otworzyć drzwi.

2. Odkładamy na umywalkę gałeczkę do przekręcania, która została nam w dłoni na skutek próby opuszczenia łazienki. Może się jeszcze przydać.

3. Zauważamy lekko chyboczący w dziurze w drzwiach bolec od reszty mechanizmu, którego wahadłowy ruch niebezpiecznie przypomina bujanie samochodu nad przepaścią i może zakończyć się upadkiem reszty zamka na podłogę w przedpokoju.

4. W celu prewencji, na wystający z dziury bolec, na którym zasadzała się gałeczka, nakładamy zaciskową spinkę do włosów typu A, która w razie czego zatrzyma się na drzwiach i nie pozwoli zamkowi wypaść z drugiej strony.

5. Następnie za pomocą najmniejszego na świecie obcinacza do paznokci niemowlęcych, a konkretnie jego bocznej strony, poprzez 2 warstwy chusteczki higienicznej w celu zniwelowania poślizgu, zakładamy zacisk na bolcu.

6. Ostrożnie, z językiem wystawionym z lewej strony ust, przekręcamy całą konstrukcję w prawo, aż usłyszymy magiczne klikniecie.

7. Drzwi otwierają się. Publiczność szaleje, dzieci krzyczą, panie mdleją, w tle słychać powszechnie znany utwór:



 

Słucham muzyki w tramwajach i pichcę. Dla kogo ja to wszystko robię tak właściwie?

 

czwartek, 02 sierpnia 2012
Strike the hammer while iron is hot.

Boli. Boli w chu. Taki ze mnie cwaniak, że w klasycznie niemądry, zakrapiany alkoholem, sposób nie wzięłam pod uwagę swojej, bądź co bądź, kruchości czysto ludzkiej, cielesnej i teraz krzywię się kaszląc i biorąc głębsze oddechy. Nie wspominając o tym, że chodzę na rozmowy kwalifikacyjne w bluzkach z długimi rękawami, bo wyglądam jakbym dosyć mocno przesoliła zupę. Zagoi się, jak wszystko inne do tej pory, z dumą i godnością własną pójdzie pewnie trochę wolniej. Ale podobno wszystko, co dobre, przychodzi z bólem. A to była dobra noc. Dobra i ciepła. 

Szukanie pracy w toku, jutro okaże się, czy potrafię się ogarnąć i dwójkę dzieci ogarnąć na tyle, żeby sympatyczna Hiszpanka była skłonna mi za to zapłacić. Po kawałku naprawiam, przykręcam i czyszczę to, co zalegało kurzem do tej pory, skrzypiało i odmawiało posłuszeństwa. Uczę się odpowiadać wyłącznie za siebie. Odpuszczać. Czasem dać się sobą zająć. 

Sny mam miękkie i ciepłe. Możliwe, że to przez prochy przeciwbólowe. Ale możliwe też, że to przez muzykę w słuchawkach i powoli rosnące przekonanie, że dam sobie radę. Że ostatecznie nie muszę spełniać niczyich oczekiwań poza własnymi. Polecam komplementy. Wysłuchuję ich ostatnio zaskakująco dużo i z pewną ulgą stwierdzam, że przynajmniej w niektóre udaje mi się uwierzyć. 

Na tapecie dziś "Zapaśnik", bo wreszcie udało mi się go obejrzeć i siedzi mi jeszcze bardzo. I "Drive". Nadrabiam zaległości. A żeby się w stany jakieś melancholijne nie zapadać, do kawy leci "Zbyszek" i "Grażka".

 



poniedziałek, 23 lipca 2012
Idiotyzmy minimalnie niwelujące trudy dnia codziennego

Jeszcze słabo i krucho, jeszcze na palcach chodzę. Szturcham palcem delikatnie, sprawdzam, czy nie pęka, czy się nie zawali. Czy znowu spod nóg nie ucieknie. Chyba działam ludziom na nerwy swoim rozmemłaniem. Chyba, bo przecież nie zapytam. Szlag. 

Ładuję sobie mózg Hochschildem i Hitchensem, włóczę się po lesie ze słuchawkami, telefony dzwonią, jak się czuję, w czym mi pomóc, czy chcę kawy z mlekiem. Chcę. Kawy i muzyki i gadania o głupotach, bo z całą resztą dam sobie radę. Delikatnie i powoli, ale to nie znaczy przecież, że w słuchawkach nie może być głośno. Nie?

M. napisała: "jesteś zbyt bogata, jako człowiek, by być próżna". Zapamiętać.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11