Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
poniedziałek, 04 czerwca 2012
Że nie zmarnujesz żadnej z chwil

Nie pogubić się. Całymi garściami brać, nawet wtedy, gdy słowa gorzkie, choć dobrotliwe, kiedy w trosce wypowiadane, choć bolą. Skoczyć nie patrząc w dół. Nauczyć się krzyczeć. Mówić "nie". Ręce wyciągać po to, co ciepłe i potrzebne. Nie próbować doskoczyć do wciąż ruchomej, cudzej poprzeczki, wystrzeliwującej w górę przy każdym najlżejszym ruchu. Nie analizować, na czynniki pierwsze nie rozkładać, nie babrać się w "a gdyby" i "powinnam". Mieć zawsze czyste ręce, mocno zaciskające się palce na tym, czego wypuścić nie wolno. Nie bać się. I nie uciekać. 

Bardzo dużo muzyki. I dużo ludzi. Cały czas. Tak dużo, że jak ich nie ma, to mnie nosi. W tym tygodniu kupuję bilet na Openera. Muszę przyklepać, żeby nie było już odwrotu. Muszę jechać, żeby się nie rozpadło. Nie dam się wytrącić z równowagi. Nie mogę. I nie pozwolę. Nie wiem jeszcze jak, ale przegrzebię się przez to wszystko, nie rozstroję się teraz, kiedy wreszcie zaczęłam napinać wszystkie struny. Kiedy brzmi. Żeby się tylko nie zawahać, nie poddać, nie stchórzyć. Nie przegapić dobrego.

 



 

czwartek, 17 maja 2012
Chuch nocny.

Wibruje mi coś od pępka do wewnątrz i w stronę kręgosłupa, rozchodząc się potem między łopatkami, falowo, wraca do lędźwi. Nie rozstaję się z dźwiękami, w stopach elastycznie, w kolanach miękko. Chodź, chodź, podrapię Cię za uchem, lewym. Chodź, bo mnie świerzbią ręce puste, bo mam kark wrażliwy i plecy, a Ty masz wolne to zagłębienie pod brodą ciepłe.

Chuchanie, głaskanie, zapatulanie słowem i jedzeniem, moszczenie się do snu. Robić swoje. Nie oglądać się na nic. A wszystko bez tłumika, bez rąk skrępowania, przywiązania do etykiety, wszystko w ruchu.

 

"Chaszcze w puszczy parchem nabzdyczone pobrzękują zjełczałą ligniną.

Jękiem i żużlem zharatany leżę na dywanie z cukrowej waty, gdy po lewej burcie mojego prawego knykcia dżdżownice w łoskotu takt haftują miedziane dzwonki koksem.

Szurający oddechem po jedwabiu karmelowy okoń smagał bolączkami niczego nie podejrzewające gołębie. "

niedziela, 13 maja 2012
Buch buch swing.

Karmię króliki marchwią i koniczyną. Wilgocią zimną nasiąkam i dymem z pieca. W za dużej bluzie marznę z kubkiem fusiastej kawy, po ludziach ploty zbierane, rosołki w garnkach emaliowanych, odsypianie w pierzynach puchowych po uprzednim pająka zatłuczeniu. Włóczę się, szwendam i szlajam, bo dzwonią, bo wyjść, bo niesie i roznosi łoskotu takt. Potem można nad ranem zwinąć się w kłębek, zapatulić i umościć. Piwo w Śledziu, piwo w lesie i na łące, smętne śródnocne papierosy i nieustających niespodzianek ciąg. Zalew ciepła.

Czterdzieści cztery dobre rzeczy na dzień, a na te złe na pociechę kluchy ciepłe z pomidorem i bazylią. Ł. się mną zaopiekowała, pierze mi ręcznik i na piżamę zrobiła miejsce, wysłuchuje jojków i jojczy w zamian, w swojej pedanterii przymyka oko na łóżko na kacu niepościelone, na kubki z herbatą i kłaczki na poduchach. I nawet zabierze mnie na reggae w ten ostatni juwenaliowy zryw, póki możemy jeszcze tańsze bilety nabyć. R. łzy ociera moje dłoni swojej wierzchem i wtłacza do łba na pijackiej żałości fali najpiękniejsze epitety. J. na telefon w dwie godziny stawia się w mieście Krk, karmi i kawą poi, uśmiechnięta. P. chucha ciepłem. Tylko kości bolą czasem z rana, po baletach, po nocnym piaskobieganiu, znajduję na stopach ślady spotkań z ostrymi krawędziami, bąble po komarach, siniaki na łydkach i otarcia. Ładuję wszystkie siebie cząstki, śmiechem po brzegi wypełniam, bo wtedy szczypie jakby mniej.

 



środa, 02 maja 2012
Cisza po.



Jelenie mi się śnią. Takie w chłodzie, w lesie zimą albo we wrzosach, kiedy para leci z ust. Jak ten, który wyszedł na drogę 10-15m przed nami, wtedy w górach. I stał nieruchomo między zaspami, i my staliśmy, bo i czas stanął. Za chwilę uciekł i tak, jakby go tam w ogóle nie było. 

 Śnią mi się stoły z jedzeniem, a przy stole, naprzeciw mnie, siedzi J. Wkoło dużo innych ludzi, jest hałas, ktoś go o coś pyta. A J. tylko siedzi i przeżuwa, nie wiem nawet co je, ale też jakby go tam nie było. Albo jakby mnie tam nie było, bo przecież jakby mnie nie widział. Nie słyszy, bo nic nie mówię, nic nie mogę powiedzieć, tylko patrzę jak podnosi widelec, jak się wyciera serwetką. Nie znoszę tego snu, ciężko się po nim powieki otwierają, herbata robi się jakaś gorzka, a chleb czerstwy.

Czytam jak prof. Poprzęcka w Dwutygodniku pisze o krześle Thoneta i o odcinaniu dłoni dzieciom w Kongu. Patrzę na to zdjęcie i po chwili dostaję już mejla z empiku, że książka została wysłana, że kolonializm i że Rwanda, więc kolejna książka. 

Czytam w 'Black Boy' o tym, jak Richard Wright jako dziecko podpalił firanki z nudów i puścił z dymem cały dom, jakie dostał za to baty, jak próbował sprzedać jakiejś białej kobiecie psa za dolara, jak się uczył, że do kasy biletowej na rejs po Missisipi ustawiają się dwie kolejki. 

W obrazach ruchomych 'Sunset Limited' i 'Detachment', 'Wichrowe Wzgórza' też czekają, na zmianę upał z wiatrem. Może stąd te sny. I może z rozmów nocnych. Tych głupich i tych do ochrypnięcia. Bo może, tak naprawdę, ja nie mam już J. nic do opowiedzenia.

niedziela, 15 kwietnia 2012
I decide to hide in my favourite hole and wait for the drama to pass.

Hohoho. Maszynką było jechane, 9mm, lewy bok. Kusi bardzo, żeby tak całą głowę, opitolić na rudego jeża, albo nierudego, niech odrasta co tam zostało pod spodem, jakiś mysiozłoty. Jak porządki, to porządki.

Gotuję, pichcę, kluski tnę do bulgoczącej wody. Zielonymi paprykami obdzielimy się. Z miodu palce. S. napisała, że jak ludzie proszą o radę, to zazwyczaj sami już wiedzą, co chcą zrobić. Można też rzucić monetą, bo zanim spadnie, wiesz już przecież czy chcesz, żeby to był orzeł czy reszka. Odmawiam więc spraw rozwiązywania. Nie podaję kluczy. Nie doradzam. Nie wiem. 

Póki co, wygrzewam plecy na pierwszych leśnozwiedzaniach, po zmroku zakładam kaptur i z jedną ręką w kieszeni wyprowadzam zwierzę. Pociągam nosem od wiatru i pierwszych pyłków. Ludowe koguciki oprawiłam w ramki. Wygrzebałam jakieś stare listy niewysłane. Trochę mi siebie szkoda, jak je czytam. Siebie z wtedy. Teraz już ugrzęzło, nie ma co wysyłać, kopać po sińcach. Rozczulające. Zimnymi dłońmi szukam ciepłej głowy do iskania. Przebierania palcami we włosach. Płatka lewego ucha, chłodnego, chociaż kark rozgrzany. 

Myślę czasem o H., jak on sobie w tej swojej kruchości wojowniczej radzi. Czy się otwiera czy zdziera pięści, czy mu ciepło... Jechałabym, nawet zaraz, żeby mu chociaż ugotować ryżu, zapatulić w folię bąbelkową, żeby nie bolało. Kokoszę. 

A w loopie:



niedziela, 25 marca 2012
Wyciągam do niej ręce, chcę bliżej i więcej



 

Wyrzucam sterty, na wiosnę. Mam stos papierów do przebrania jeszcze, kurze wymiatam, wietrzę pościel, jeszcze chwila i chyba nawet okna myć zacznę. Ta piosenka rozpierdala mi kosmos. Przypadkiem znaleziona na zupie, a teraz młócę ją od rana do wieczora. I tak trzeba. Rozpierdolonego kosmosu mi trzeba, "nieporządku w chaosie". Żeby nie było miałko i letnio, żeby drgnęło jakkolwiek. I na wietrze bieganie i wrzaski. Może pęknie.

 W zeszłym tygodniu prawie rozpłakałam się w taksówce. Upiłam się, wyściskałam R., którego mi brakowało bardzo, choć nie do końca świadomie. Wszystko po to, żeby na tylnym siedzeniu samochodu-o-nieistotnej-marce dostać żałości jakiejś nad sobą, żeby mnie po zmyciu pudru na sofie z ikei przyjaciółka litościwie do snu utulała. I żeby następnego dnia mieć kaca stulecia, "germańskiego, kurwa, oprawcę", na chlebku z masłem i herbacie, wspomaganego moralniakiem jakimś przebrzydłym. Cały dzień w gaciach w grochy i rolety opuszczone, w dupie mam skowronki. Nie było to mądre, ale od dna można się tylko odbijać, a lekkość następnego dnia po kacu - bezcenna. Słońcem wszystko wspomagane, ciepłem na plecach, kiedy siedzę z ciężką torbą na zapuszczonym peronie stacji Kraków Łobzów. 

Jeszcze nie wiem czego mi się chce. Koncertu pewnie. Ciułałabym na Openera chętnie i na Sacrum Profanum, bo będzie Sigur Ros i Kronos Quartet. Trochę mi się Plant chce i kina. Może czytania niemądrych książek w pociągu, kawy w Massolicie. Nie pojechałam dziś na slam, chociaż miałam się przemóc, spietrałam zwyczajnie. "Się żarzy, rzęsy mi parzy". Wietrzę podstęp, jak królik przerażony nosem wyczuwam, że się zbliża, że się ludzie pchają, zagarnąć chcą do siebie, drżą mi palce. Czy stchórzę?

piątek, 30 grudnia 2011
zbieractwo-łowiectwo.

Czekam cierpliwie, czyszczę. Zamiatanie pod dywan mi się znudziło, perskie arcydzieło tego nie zmieści, więc czas odkurzyć coś. 

Wysłałam list do E. mejlem. Poddaję się, amerykańska poczta wyraźnie mnie nie lubi, albo E. ma naprawdę niedorozwiniętych sąsiadów na parterze, to jest niemożliwe, żebym źle zaadresowała kopertę 3 razy. Chyba, że była za gruba, za dużo kartek, ulotek, biletów i map, zbyt duży ciężar dla zmordowanego listonosza na kacu w Kansas, szlag by ich trafił. Zdążyłam przepisać go dwa razy, ostatni raz na komputerze, żeby go uzupełnić po tym, jak udało mi się rozbić butelkę marchewkowego soku w torbie, zalewając go do szczętu. Tak czy siak, list poszedł, E. się rozczulił, ja po odpowiedzi też i teraz marzę o wizie i couchsurfingu w NiuJorku i niezapowiedzianej wizycie w mieścinie o indiańskiej nazwie, w stanie, w którym ponoć szaleją tornada. Obiecał przysłać kilka tekstów jak tylko je doszlifuje, więc nastrój od razu poszedł w górę i nawet "20 lat pod Lampą" cieszy już jakby mniej w porównaniu. 

Muszę zluzować z kryminałami, szczególnie przed snem, skoro gwarantują koszmar, który budzi moją matkę moim własnym wrzaskiem o 4 rano. Stanowczo muszę przerzucić się na romansidła, względnie kolorowe filmiki o szczeniaczkach i królikach. I zrezygnować z zasypiania ze słuchawkami, bo kiedyś naprawdę sama się uduszę przewracając nieprzytomne cielsko z jednego boku na drugi. 

Czytam opowiadania Murakamiego, kawałkami. Sprawdzam ile mam czasu do 2 w nocy, na ile stron mogę sobie jeszcze pozwolić, żeby nie przesuwać granicy z 2 na 3 nad ranem. Filmy jakieś miałkie te kinowe, może za dużo się spodziewam (ech, Van Sant) ale "Debiutanci" za to bardzo bardzo. I "50/50" mam na oku i nowohoryzontowe przeglądy w styczniu Pod Baranami. Z dziwów "Korzenie Europy: Kapela Ze Wsi Warszawa w podróży", przypadkiem napatoczona, cudna, ze skrzypcami, cymbałami, nagimi owłosionymi torsami i psem. I "Jesus Camp", o którym E. przypomniał mi dziś, podobno jakaś rudowłosa dziewczyna sposobem mówienia przypomniała mu o mnie i stwierdził, że pewnie taka byłam w wieku 10 lat. Nie jest to zbyt pocieszające, zważywszy na temat tego dokumentu, czyli boziowe pranie mózgu amerykańskim dzieciom z doprowadzaniem ich do płaczu i histerii na specjalnych obozach w celu stworzenia armii Jezusa... 

Z dziwów przyjemniejszych - już dawno żaden trailer nie ucieszył mnie tak, jak ten do Hobbita. Pochlastam się i zeżrę sobie wszystkie palce, jeśli w przyszłym roku nie obejrzę tego filmu za ciężkie pieniądze w lotniczym fotelu, na gigantycznym ekranie, ze wszystkim surround co tylko może być. A na ten rok oczekiwanie nerwowe, bo sfilmowali "Extremely Loud & Incredibly Close" Jonathana Safrana Foera, którego oryginalna kopia zresztą gdzieś mi wsiąkła (top priority na liście książek do odzyskania), mają wypuścić teraz jakoś w USA i wsadzili tam Sandrę Bullock i Toma Hanksa i trzymam kciuki mocno, żeby nie zrobili z tego łzawo-pocieszającego story o wyprawie samotnego dziecka w stylu "August Rush", bo będziemy z E. płakać rzewnymi łzami. 

 

sobota, 03 grudnia 2011
Oswoiłabym się.

Zdziczałam. Odwykłam od ludzi. Cały dzień ruch, w uszach Little Dragon i stary jazz i reggae, dużo kawy, mocnej, zziębnięte dłonie chowane coraz głębiej, sztywniejący kark od przysypiania w autobusach i pociągach. Nastawiona jestem antyspołecznie, sceptycznie do lukru i poklepywania, zawężam kręgi bez zająknięcia, żeby się tym "byciem z ludźmi" nie udusić. Reparacja w toku, nadrabiam zaległości pojedynczoosobowe, które obchodzą mnie na tyle, żeby nie szukać wymówek do zostania w domu. Reszta niech żyje beze mnie. Trochę mi tu dobrze teraz, na odludziu, ciepło. Muszę pościągać, poprzyciągać jakoś właściwych ludzi, połasić się jak kot, tak ich mało mam na teraz. Tak niewielu mogę znieść, a osaczają mnie jakoś wszyscy Ci, z którymi nie umiem już rozmawiać i nawet nie mam za bardzo o czym. I coraz rzadziej czuję, że powinnam.

Nie mogłam pisać długo nic, listy leżą nieskończone. Nawet teraz nie wiem, czy jest co zamykać, zaokrąglać. W mózgu trochę pustki, bo wszystkie "Niezasłane łóżka", "Sale samobójców", "Debiutantów" zostawiłam na nie-wiadomo-kiedy i boję się dotykać. Dlatego też Murakami jakoś leży, chociaż Japonia już nie, "Rower" i "Pożegnania" i "Achilles i żółw". Miałam iść na poetycki slam, ale nie wydusiłam z siebie nic, czego nie wstyd by mi było na głos powiedzieć. Pochowane jakieś wszystko. Rozsadza mnie Daniel Beatty z Def Poetry Jam, a nie wiem czy sama umiem jeszcze krzyknąć. 

Czekam na śnieg bardzo, bo ten stan szarości wpuszcza mnie w jakiś letarg i zawieszenie, bezbarwny świat zanurzony w bezwonnym powietrzu.  Czekam na palce pachnące mandarynką i resztki zaschniętej skórki w kieszeniach płaszcza. Na herbatę z cytryną i miodem i szczypanie w policzki.

wtorek, 11 października 2011
Całą czułość, uwielbienie, bulimiczne serce zwraca na posadzkę



 

Rozbija mnie Nosowska tą piosenką na kawałki drobne. Rozpizd mi robi i za gardło ściska.

 

Tęskno dziś bardzo, jakoś do upicia się. Rozczulam się nad sobą i użalam i jakiś przykry guz rośnie gdzieś na przyjaźniach, na czole ludzkim wypisane "gorzkie rozczarowanie".  Kilka ciepłych twarzy za daleko, żeby do kupy pozbierać. To nie był zły dzień, chociaż mało produktywny. Ale zimno jakieś parszywe instynkty uruchamia chyba, jakoś zachwyty jesienne nocą kostnieją. W tej sekundzie właśnie chciałabym być gdzieś indziej.

wtorek, 04 października 2011
W sobie się kotłowanie, mózgu na-pięcie

 Skończyłam film o Strachach, chociaż prognozy były kiepskie. Wysyłałam smsy nocne, robiłam kontrol postępu prac budowlanych, życiowych i tych zbrojonych drutem. Dałam się podrapać kotu, chociaż nie mam do nich zaufania, a sama ocieram się mentalnie raczej o nogi od stołu. Z kocich dróg znam tylko tą do kłębkozwijania. Widziałam gwiazdy.

Głowa pęka w szwach i serce. Nagromadziło się krzyku i wrzasku, nie ma spokoju we mnie. Mimo jasnego światła. Raczej wezbrało przez te maliny w słoiku na ceracie, przezroczysto-świetliste, różowe, żółte ścierki w słońcu, cztery smutne niegdyś-białe staniki, które suszyły się na sznurze przed stodołą. Jabłka jakieś cierpkie, choć rumiane, herbata z cytryną i dużo ciepłego wiatru. Jesienne melisy skubanie. Gęsto.

Książki czytane na schodach w słońcu rozpraszają, rozwieszanie lodowatego prania z rana też. Ale nie na długo, czas napiąć się, sprężyć mięśnie, przyszedł czas zębów zaciskania. Roznosi mnie mocno, do Chin i z powrotem bym zaszła zdzierając podeszwy. Soundtrack mi wessało, nie mogę znieść już Żywiołaka, a coś mocnego przydałoby się na to łokciami rozpychanie. W pysk bym dała pewnie też, tak pro forma, żeby obraz był pełny. Zjeżam się, opancerzam. Pierdolę aksamit. Będzie bój. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11