Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
wtorek, 04 października 2011
W sobie się kotłowanie, mózgu na-pięcie

 Skończyłam film o Strachach, chociaż prognozy były kiepskie. Wysyłałam smsy nocne, robiłam kontrol postępu prac budowlanych, życiowych i tych zbrojonych drutem. Dałam się podrapać kotu, chociaż nie mam do nich zaufania, a sama ocieram się mentalnie raczej o nogi od stołu. Z kocich dróg znam tylko tą do kłębkozwijania. Widziałam gwiazdy.

Głowa pęka w szwach i serce. Nagromadziło się krzyku i wrzasku, nie ma spokoju we mnie. Mimo jasnego światła. Raczej wezbrało przez te maliny w słoiku na ceracie, przezroczysto-świetliste, różowe, żółte ścierki w słońcu, cztery smutne niegdyś-białe staniki, które suszyły się na sznurze przed stodołą. Jabłka jakieś cierpkie, choć rumiane, herbata z cytryną i dużo ciepłego wiatru. Jesienne melisy skubanie. Gęsto.

Książki czytane na schodach w słońcu rozpraszają, rozwieszanie lodowatego prania z rana też. Ale nie na długo, czas napiąć się, sprężyć mięśnie, przyszedł czas zębów zaciskania. Roznosi mnie mocno, do Chin i z powrotem bym zaszła zdzierając podeszwy. Soundtrack mi wessało, nie mogę znieść już Żywiołaka, a coś mocnego przydałoby się na to łokciami rozpychanie. W pysk bym dała pewnie też, tak pro forma, żeby obraz był pełny. Zjeżam się, opancerzam. Pierdolę aksamit. Będzie bój. 

czwartek, 01 września 2011
zaklinanie

Powolutku. Do przodu. Krok za krokiem.

środa, 17 sierpnia 2011
eyelids get so heavy when you run



Stan napięcia i cisza tak gęsta, że można kroić ją nożem. Potrzebuję odpoczynku. Chcę wiać, chcę tańczyć, chcę w góry iść, chcę, żeby ktoś mnie zabrał gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie i całował, dopóki nie będę mogła oddychać. Jestem tak potwornie zmęczona, że nie mam już nawet siły o tym mówić. 

czwartek, 11 sierpnia 2011
here comes the cop to lock us up for smoking

W stanie słabości jakiejś się znajduję, bezskorupowej, rozedrgania, miękka jak brzuch jeża, chociaż pilnie stroszę każdy mały kolec. Muszę zmienić miejsce, bo to grozi poważnymi wybuchami strachu i złości. Nie odbieram telefonów, nie ogarniam co i komu obiecałam. W tyle głowy "Oda do słowika" i "Kafka nad morzem", chociaż nie wiem czemu akurat to, Gruzja i piszący się już od miesiąca list do E. A na ekranie Xavier Dolan, Michel Gondry i jakieś strasznie ckliwe rzeczy, bilety z Nowych Horyzontów, pocztówka z Gdańska, mapa wschodniego Bristolu.

W pociągach pada deszcz. W Brodłach przy drodze stoi malowany na niebiesko dom z malwami przy płocie. W Radomiu przy wejściu do dworcowego tunelu kręcą się najfikuśniejsze indywidua świata społecznego. A w słuchawkach mam TV on the Radio i rozpuszczam się w nim i zapadam, wszystkimi zmysłami, aż się świat wokół nie rozmaże, grawitacja nie zniknie, a wibracje w dołku same nie zamkną mi oczu. I uprawiam ten seks mentalno-muzyczny, kiedy czas leci obok, a rzeczywistość chucha mi w kark i wystarczyłoby lekko nacisnąć, a rozpadłabym się chyba na cząstki. To nie jest dobry stan. 



sobota, 23 lipca 2011
everybody's gotta learn sometimes

Jest późno, pusto i zmęczono. Gry planszowe, wygłupy przy stole z ceratą, butelka wina przy kiepskiej komedii w steoreotypowej Irlandii. Dużo kawy wcześniej, teraz Beck i Anthony and the Johnsons. Na podłodze obok łóżka Sallinger, Przekrój, jakieś kryminały, pusty kubek po herbacie owocowej.

Wczorajsza planowana pobudka o 4 rano skończyła się rezygnacją z pomysłu zaśnięcia o 3:57. Deszcz. Jest coś smutnego we wstawaniu z łóżka, kiedy pada. Z jakiegoś powodu kojarzy mi się to wyłącznie z podstawówką, czarną kurtką z kapturem, parasolem w kratkę, kanapkami z żółtym serem i piskiem czarnych trampek z targu na gumolicie. Potem lepiej, kawa, płatki, gumowce, kamera, ślimak sunący leniwie po asfalcie, trochę przekleństw i dużo ciszy. Chabry i maki, odrobina słońca już pod sam koniec, przed siódmą rano, żeby się milej do domu wracało po mokrej trawie. Koty, dużo kotów. Nawet dziś, w zimnie, ciepłe, zwinięte w kulkę na parapecie. I wszystko szumi, nie przestaje nawet na chwilę. Tylko powrotów na noc jakoś nie lubię, mimo latarni, wszystko trzeszczy, tupta gdzieś w ciemnym kącie i miauczy i nawet światło na ganku nie pomaga. Wysyłam totolotka. Jem placki ziemniaczane i makowca. I tylko babcia stoi na środku kuchni, szykuje się, zbiera, żeby coś powiedzieć i zagadać. Rezygnuje, wychodzi. Za chwilę wraca, zalewa mi herbatę. Gadam z babcią o powodzi i norweskich bombach. 

niedziela, 12 czerwca 2011