Kategorie: Wszystkie | Polisz
RSS
czwartek, 01 września 2011
zaklinanie

Powolutku. Do przodu. Krok za krokiem.

środa, 17 sierpnia 2011
eyelids get so heavy when you run



Stan napięcia i cisza tak gęsta, że można kroić ją nożem. Potrzebuję odpoczynku. Chcę wiać, chcę tańczyć, chcę w góry iść, chcę, żeby ktoś mnie zabrał gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie i całował, dopóki nie będę mogła oddychać. Jestem tak potwornie zmęczona, że nie mam już nawet siły o tym mówić. 

czwartek, 11 sierpnia 2011
here comes the cop to lock us up for smoking

W stanie słabości jakiejś się znajduję, bezskorupowej, rozedrgania, miękka jak brzuch jeża, chociaż pilnie stroszę każdy mały kolec. Muszę zmienić miejsce, bo to grozi poważnymi wybuchami strachu i złości. Nie odbieram telefonów, nie ogarniam co i komu obiecałam. W tyle głowy "Oda do słowika" i "Kafka nad morzem", chociaż nie wiem czemu akurat to, Gruzja i piszący się już od miesiąca list do E. A na ekranie Xavier Dolan, Michel Gondry i jakieś strasznie ckliwe rzeczy, bilety z Nowych Horyzontów, pocztówka z Gdańska, mapa wschodniego Bristolu.

W pociągach pada deszcz. W Brodłach przy drodze stoi malowany na niebiesko dom z malwami przy płocie. W Radomiu przy wejściu do dworcowego tunelu kręcą się najfikuśniejsze indywidua świata społecznego. A w słuchawkach mam TV on the Radio i rozpuszczam się w nim i zapadam, wszystkimi zmysłami, aż się świat wokół nie rozmaże, grawitacja nie zniknie, a wibracje w dołku same nie zamkną mi oczu. I uprawiam ten seks mentalno-muzyczny, kiedy czas leci obok, a rzeczywistość chucha mi w kark i wystarczyłoby lekko nacisnąć, a rozpadłabym się chyba na cząstki. To nie jest dobry stan. 



sobota, 23 lipca 2011
everybody's gotta learn sometimes

Jest późno, pusto i zmęczono. Gry planszowe, wygłupy przy stole z ceratą, butelka wina przy kiepskiej komedii w steoreotypowej Irlandii. Dużo kawy wcześniej, teraz Beck i Anthony and the Johnsons. Na podłodze obok łóżka Sallinger, Przekrój, jakieś kryminały, pusty kubek po herbacie owocowej.

Wczorajsza planowana pobudka o 4 rano skończyła się rezygnacją z pomysłu zaśnięcia o 3:57. Deszcz. Jest coś smutnego we wstawaniu z łóżka, kiedy pada. Z jakiegoś powodu kojarzy mi się to wyłącznie z podstawówką, czarną kurtką z kapturem, parasolem w kratkę, kanapkami z żółtym serem i piskiem czarnych trampek z targu na gumolicie. Potem lepiej, kawa, płatki, gumowce, kamera, ślimak sunący leniwie po asfalcie, trochę przekleństw i dużo ciszy. Chabry i maki, odrobina słońca już pod sam koniec, przed siódmą rano, żeby się milej do domu wracało po mokrej trawie. Koty, dużo kotów. Nawet dziś, w zimnie, ciepłe, zwinięte w kulkę na parapecie. I wszystko szumi, nie przestaje nawet na chwilę. Tylko powrotów na noc jakoś nie lubię, mimo latarni, wszystko trzeszczy, tupta gdzieś w ciemnym kącie i miauczy i nawet światło na ganku nie pomaga. Wysyłam totolotka. Jem placki ziemniaczane i makowca. I tylko babcia stoi na środku kuchni, szykuje się, zbiera, żeby coś powiedzieć i zagadać. Rezygnuje, wychodzi. Za chwilę wraca, zalewa mi herbatę. Gadam z babcią o powodzi i norweskich bombach. 

niedziela, 12 czerwca 2011
środa, 30 marca 2011
Z jeża stałem się jeżozwierzem
Morze mi się śni. Stoję na skarpie w bluzie z kapturem, w trawie, która szumi od wiatru, a pod stopami ryczy morze, szare i gwałtowne. I nic nie ma wokół, nic nie płynie w moją stronę, a ja nie wiem czemu tak tam stoję i gapię się na fale zaciągając ciaśniej kaptur, który nijak nie chroni mnie przecież od wiatru. Jak klip z van Santa, tylko bez słońca odbijającego się w obiektywie. Nie dzieje się nic godnego uwagi. Trochę farba schodzi ze ścian umysłu, odłazi tu i tam, gdzieniegdzie sama ją zdrapuję, a pod spodem pomarańcz z lumpexu, potem zieleń medyczna, głębiej jakaś żółć podstarzałego kanarka. Niby kolorowo, ale jednak się kruszy, a suche płaty na podłodze tracą barwy. Słońce jeszcze mnie nie rozgrzało, nie dostało swojej szansy, takiej prawdziwej, przeciągania się w promieniach. Najwyżej trzy kwadranse z psem w szuwarach, gubienie psa w wysokiej żółtej trawie, która ledwo pozbyła się śniegu, obłapianie pni brzozowych, dłubanie w zeszłorocznych szyszkach. Jakiś drobny, niepozorny krokus przy babcinej studni - ot, cały szał wiosenny. I ptaki o 6 rano, tego się przeoczyć nie da. Buła z jajem, szczypiorek, zielona herbata. Trochę sieciowego searchingu, jako rasowy kulturowy jamochłon zdążyłam się w tym wyspecjalizować. Dwie prace pisemne w plecy, ale chyba z 6 pomysłów na tekst o azjatyckim kinie. Chińskie opowieści o kochankach, którzy się spotykają po 50 latach, filipińska babcia, zjadanie żywej ośmiornicy w "Old Boy'u" i to żółtko z ust do ust... Warsztaty w szpitalu. Martwy gawron leżący na wznak na resztkach suchego chleba. Stara kaseta Santany znaleziona w weekend. "Sputnik Sweetheart". Ból gardła. Klementynki. Oglądam "Planetę Ziemię", żeby mi seriale już całkiem mózgu nie zeżarły. Podczytuję "Baśnie z wyspy Lanka" i celtyckie legendy, które muszę w końcu oddać. Gotują mi ryby w ziołach. Ograniczam aktywność do rzeczy prawdziwie niezbędnych, trochę low battery, trochę wygaszacz ekranu, oszczędzanie energii, życiowej i społecznej. Moja Mama powiedziałaby, że się rozlazłam i rozmemłałam. Może racja, a może znalazłam zwyczajnie przycisk MUTE na pilocie świata. Przesilenie wiosenne może, a może zwyczajny niedobór snu i chęć na coś słodkiego. P.S. Jeśli nie widziałeś/aś jeszcze filmu "Wszystko jest iluminacją" - to nic nie wiesz. I przeczytaj książkę.